h1

#123. uzdrowienie narodów, aż się ściele trup.

09/02/2010

Ostatnio wykopałem mnóstwo muzyki z przeszłości – do słuchania (zajebiście jest czasem wrócić do Mano Negry lub Fisza), ale i tej zagranej. Przez niecałe siedem lat uzbierały się sto dwadzieścia trzy utwory (łącznie z tymi, które aktualnie kończą Chris June i Związki Maillarda), w które byłem zamieszany jako współtwórca. Niecałe pięćset megabajtów tworzących ponad siedem godzin muzyki, najczęściej na niskim poziomie artystycznym, choć w niektórych utworach czuć szczerość, której później często brakowało. Tak jakby muzycy wkładali w każdy dźwięk wszystko, włącznie z własnymi kuśkami. Gdzie się podziały czasy, kiedy byłem taki bezkrytyczny wobec samego siebie, mogąc pokazywać ludziom taki chłam? Jeżeli wynikało to z niewiedzy, to dzisiaj chcę być tak samo głupi jak wtedy.
Trafiłem również na nigdy niepublikowaną piosenkę z odległej przeszłości TMK, której tekst leciał tak:

‘pamiętam była jesień
kilka ciepłych dni po lecie
przypominam se wakacje
w morzu ryba i kolacje

życie, życie jest jak rzeka
ktoś na drugim brzegu czeka
wszystko płynie, czas ucieka
i nie patrzy na człowieka

tak daleko płyną chmury
wyżej, wyżej, chcę do góry’

Tekst cholernie uroczy i ciepły w swej prostocie, Grzesiek się postarał, choć jemu teksty raczej się udawały (mój ogromny sentyment do piosenki ‘Co Za Nuda’). A teraz przede mną leży zeszyt i długopis, czekają aż przezwyciężę problem polegający na niemożności określenia tematu dywagacji. Pewnie po raz kolejny będę opowiadał o tym, że generalnie wszystko idzie do przodu, nabiera kolorów, ale innych niż moja własna aura w odcieniach szarości, która trzyma mnie dwa kroki, właściwie nie wiadomo czy za, czy przed. Sam Mickiewicz już kiedyś pytał: ‘czy to jest przyjaźń, czy to jest wyjebanie?’

Grzebiąc w starociach trafiłem również na jedną z tych multimedialnych rzeczy, jaką przejąłem po bracie. Wyjątkowo nie chodzi tu ani o Depeche Mode, ani o Kult, ani nawet o Bad Religion. Taki tam fragment z tej rzeczy, którą kiedyś brat mi nagrał na płytę:

To jest coś. Pojeździłbym sobie.

Teraz mogę się odmeldować. Ferie mi się kończą, a ja dalej jestem w ciemnej dupie z książkami, tekstami, muzyką i “opowiadaniem”, z którego powstały dopiero dwa “rozdziały”.

Armia – ‘Strzały znikąd, chłopcy stąd’

h1

#122. i dlatego lubię mówić z Tobą.

07/02/2010


‘I’m taking a ride with my best friend
I hope (s)he never let me down again’

Fisz Emade – ‘Bla Bla Bla numer dwa’

h1

#121. no CIA, no NSA, no satellite could map our veins.

02/02/2010


Jerome David Salinger – prawdopodobnie literacki one-hit wonder, człowiek, który napisał tylko jedną sławną książkę (albo mi się zdaje, albo nawet przerabiałem ją w drugiej klasie gimnazjum?) zmarł 27 stycznia tego roku. Jak przystało na pisarza znanego tylko z jednego tytułu, mało kto poinformował świat o tym fakcie, a ja sam trafiłem na wieść o tym przez przypadek.

A piszę o tym dlatego, bo w sumie powinienem oddać mu jakieś honory za popełnienie “Buszującego w zbożu”, którego to przeczytałem po raz pierwszy na początku gimnazjum i który to po dziś dzień nie oddał miejsca pierwszego ani Orwellowi, ani Goldingowi, Kafce, Schulzowi, czy któremukolwiek z pisarzy, za których się brałem. W sumie kiepsko, że ostatnio znowu zaniechałem czynności czytania książek. Trzeba by wrócić do tego dobrego nawyku, bo skoro jestem mocno w tyle w kinematografii, to chociaż powinienem być w miarę rozliczony z literaturą i muzyką – dla spokojnego sumienia i dla ciekawszych owoców własnej pracy (‘inspiracja, głupcze!‘, parafrazując bodajże tego prezydenta, co lubił grać na saksofonie, palił trawę ale się nie zaciągał oraz zostawił to i owo na sukience swojej sekretarki).

Fugazi – ‘No Surprise’