Zgryziony, wypluty, opluty, przez własne lęki zmięty i pognieciony jak wszystkie moje koszule wiszące w szafie. Gdy piszę te słowa Grabaż podpowiada mi, że nie ma czego się bać… On ma rację, on musi mieć rację – wszak idole nastolatków są nieomylni. Ja się pod tym podpisuję, ale tylko w niedziele i święta. To paradoks, to jest jakiś obłęd, że znowu coś przeżywamy albo wspólnie, albo po kolei. Kiedy Ty znalazłaś lekarstwo na strach, ja je zgubiłem. To taki nietypowy strach… Moja socjofobia niby bardzo powoli ustępuje, choć ilość ludzi, jaką ostatnio spotykam jest jakby większa. Dawno nie byłem taki spełniony czy też – nie bójmy się tego słowa – szczęśliwy. Kiedy jest za dobrze, to nie może być za dobrze. Maleńczuk Maciej kiedyś mi powiedział, że nie trzeba być zamkiem, by być nawiedzonym i nie trzeba być domem, by gościć demony. Wiesz, czasami boję się, że przyjdzie jakiś zły ktoś i nam to wszystko jednym ruchem rozpierdoli, skroi nam ten intymny światek, który sobie pieczołowicie i dość szybko wykreowaliśmy. Jasne jest to, że kiedyś tak stać się może, ale jeszcze nie teraz… Za dobrze mi. Nie ma czego się bać, nie ma podstaw do strachu… A jednak coś moja głowa, co jest ciężko chora, zawsze sobie uroi. To nie zazdrość, która chodziła za mną niczym cień. To nie pycha, do której czasem ludzi przyzwyczajam. To moje urojenia, stare, dobre schizy połączone z marzeniami, które były, są i będą. Świat zatrzymał się dla mnie w jednym dniu, nie tak odległym zresztą – jednej z najfajniejszych chwil całego życia…
Uzależniasz, panno M.
Ale to mój najprzyjemniejszy nałóg.
Łatwo mnie z tego nie wyciągniecie.
Niech nikt nawet nie próbuje.


