Archiwum z czerwiec, 2008

h1

#6. opuchnięte, chore miasto trzyma się za brzuch.

30/06/2008

Zgryziony, wypluty, opluty, przez własne lęki zmięty i pognieciony jak wszystkie moje koszule wiszące w szafie. Gdy piszę te słowa Grabaż podpowiada mi, że nie ma czego się bać… On ma rację, on musi mieć rację – wszak idole nastolatków są nieomylni. Ja się pod tym podpisuję, ale tylko w niedziele i święta. To paradoks, to jest jakiś obłęd, że znowu coś przeżywamy albo wspólnie, albo po kolei. Kiedy Ty znalazłaś lekarstwo na strach, ja je zgubiłem. To taki nietypowy strach… Moja socjofobia niby bardzo powoli ustępuje, choć ilość ludzi, jaką ostatnio spotykam jest jakby większa. Dawno nie byłem taki spełniony czy też – nie bójmy się tego słowa – szczęśliwy. Kiedy jest za dobrze, to nie może być za dobrze. Maleńczuk Maciej kiedyś mi powiedział, że nie trzeba być zamkiem, by być nawiedzonym i nie trzeba być domem, by gościć demony. Wiesz, czasami boję się, że przyjdzie jakiś zły ktoś i nam to wszystko jednym ruchem rozpierdoli, skroi nam ten intymny światek, który sobie pieczołowicie i dość szybko wykreowaliśmy. Jasne jest to, że kiedyś tak stać się może, ale jeszcze nie teraz… Za dobrze mi. Nie ma czego się bać, nie ma podstaw do strachu… A jednak coś moja głowa, co jest ciężko chora, zawsze sobie uroi. To nie zazdrość, która chodziła za mną niczym cień. To nie pycha, do której czasem ludzi przyzwyczajam. To moje urojenia, stare, dobre schizy połączone z marzeniami, które były, są i będą. Świat zatrzymał się dla mnie w jednym dniu, nie tak odległym zresztą – jednej z najfajniejszych chwil całego życia…

Uzależniasz, panno M.
Ale to mój najprzyjemniejszy nałóg.
Łatwo mnie z tego nie wyciągniecie.
Niech nikt nawet nie próbuje.

h1

#5. postaram się nie zmrużyć oka, gdy przyjadą do mnie moje myśli.

20/06/2008

Najbardziej lubię wizualizować sobie ostateczny krach systemu korporacji. Siadam w fotelu z kanapkami przyozdobionymi ogórkiem, pomidorem oraz solą i zaczynam to sobie wyobrażać. To jest taki czas, kiedy odpowiednimi ruchami dłoni rozkładam rzeczywistość na czynniki pierwsze i układam ją tak, jak układa się kostkę Rubika – czyli powoli i mozolnie. Układam ją po swojemu i w taki sposób, żeby odpowiadało to tylko i wyłącznie mi. Jestem kim tylko chcę – raz wrażliwym poetą i pisarzem, a raz wszędobylską duszą towarzystwa. To, czego aktualnie mi brakuje, znajduje swoje miejsce w szeregu moich myśli. To, czego mi aktualnie nie brakuje również. Ktoś będzie płakał ze szczęścia, a ktoś z rozpaczy – to pewne. Ale to moje życie i nic na siłę.

Nałogi, ach nałogi, złośliwe nałogi. Walczymy z nimi, dzięki samym sobie je zwalczamy w mniejszym lub większym stopniu. Nałóg, jak sama nazwa wskazuje, bywa trudny do pokonania. Ale kiedy droga do uzależnienia dopiero się zaczynała nikt nie mówił, że będzie lekko. Pozostaje tylko wspierać się nawzajem, czyli łączyć przyjemne z pożytecznym. Znamy dobrze swoje miejsce, wiemy dobrze, gdzie nasz grzech.

Dzisiaj tak na dokładkę, żeby nie było za krótko, uchylę rąbka tajemnicy z przygotowań do nagrań nowego dema mojego zespołu. Dzięki poniższemu tekstowi notka znajduje się w dwóch kategoriach. Have fun.

‘O Tobie w Głowie’

Idę sam między blokami
Tam gdzie krew płynie ulicami
Właśnie skończył się kolejny mecz
Wiesz, że znowu szczęścia nie miałem
I że z życiem się kiepsko trzymałem
Ale teraz nieważne to jest

Dłoń chwyta pistolet
Bo nikt jej przed tym nie broni
Oczy w lustrze patrzą tępo
Czy lufa pasuje do skroni
Na koniec początku mam głupie pytanie
Czy ja robię coś źle?
Na koniec początku, jeszcze chwila
W której powiem Wam, że

Frajerem nazwał mnie ktoś lepszy
Zanim oczy otworzyłem po raz pierwszy
Aż tu nagle przyjemna niespodzianka
Momenty szczęścia, chwile frustracji
Sekundy lśnienia, godziny alienacji
Ale w końcu znalazłem swoje miejsce

Pistolet jest na swoim miejscu
Czyli tam, gdzie trafia dźwięk dis
Czy trafię na dół, czy raczej na górę
A może czeka mnie bis?
Nie mam już nad czym rozmyślać
Bo na mnie przyszedł już czas
Teraz za mnie opowie solówka
bluesowa i ten nudny bas

Jeszcze jedno, człowieku, na koniec Ci powiem
Nie rób rzeczy, o których nikt się nie dowie
Niech będzie głośno o Tobie w mojej głowie

(10-13.06.2008)

h1

#4. I’m useless, but not for long, the future is coming on.

13/06/2008

Zaczyna się od zachłyśnięcia pierwszymi chwilami życia w liceum. To już jest szkoła ponadgimnazjalna, ja już jestem prawie duży, czas na zabawę. Pal sześć, kiedy zabawę uda się w odpowiednim momencie zahamować. A co jeśli się nie uda? Nie przejmujcie się, wynaleziono również antidotum na taką ewentualność. Ten lek nazywa się repeta.
Będąc już właśnie repetentem bez większych (jak mi się wówczas zdawało) szans w starym miejscu, postanowiłem podjąć naukę w nowej szkole. Jeżeli chodzi o poziom nauczania to niższej – ten twór nazwano zasadnicza szkoła zawodowa. Takie szkoły też są potrzebne, a żeby szkoła funkcjonowała jak należy potrzeba uczniów. Jednym z takowych byłem ja wraz z moim serdecznym kumplem z tamtych czasów, Grześkiem H. (zwanym dalej Nemo). Jego sytuacja, jakże podobna do mojej, była jednym z trzech czynników, które zadecydowały o pójściu do takiej zawodówki. Pozostałymi argumentami “za” była długość nauki (dwa lata, coś idealnego dla lenia bez perspektyw) oraz wcześniejsze jestestwo w murach tej szkoły mojej ukochanej siostry Karoliny. Tutaj zmierzam do zawodu, który sobie obrałem (nomen omen) – kucharz małej gastronomii.
Czym różni się kucharz małej gastronomii od kucharza dużej, średniej czy też mikro gastronomii? Tego nie wiem, nie przypominam sobie, by ktoś mi to kiedykolwiek wytłumaczył. Chyba niższe kwalifikacje, jak to wydedukowałem na chłopski rozum w przeciągu ostatnich dwóch lat. Faktem jednak jest to, że do szkoły  dostałem się bez problemu (miałem drugą najwyższą ilość punktów rekrutacyjnych – zaraz po Nemo zresztą), i od września byłem uczniem/niewolnikiem ZSG. W mojej klasie, gdzieś pomiędzy zwolennikami hip hopu a miłośnikami techno i jego odmian uchowały się trzy osoby słuchające szeroko pojętej muzyki gitarowej – ja, Nemo i Artur K., zwany dalej Idilem.
Było różnie. Nemo po drodze zrezygnował z edukacji (przyczyny takiego obrotu sprawy po dziś dzień są dla mnie niejasne), ja miałem małe problemy z ukończeniem pierwszej klasy (sukces przyszedł dzięki odpowiedniej rozmowie wychowawcy i mojej rodzicielki, której to byłem świadkiem – rozmowy, nie mamy). Edukację w mojej klasie zaczynały trzydzieści dwie osoby. Pierwszą klasę ukończyło osiemnastu facetów (bo klasa była męska).
Druga klasa jawiła mi się jako wydarzenie o wyższej jakości intelektualnej – w końcu zostali najlepsi, a ja miałem mocne postanowienie wypaść jak najlepiej, bo gdzieś tam po drodze schwytałem swoje rozbiegane ambicje. Generalnie drugą klasę wspominam milej, mimo że odpadły jeszcze trzy osoby, a niektórzy po wakacjach byli nieco przepaleni umysłowo (dosłownie i w przenośni). Fakt jest faktem, że zawziąłem się w sobie i ukończyłem edukację pozytywnie, co tu dużo mówić.
Niewiele było naprawdę jasnych momentów w tym spektaklu. W pierwszej klasie przyszło mi podczas apelu z okazji dnia walki z AIDS (był to 1 grudnia 2006) grać w szkolnej supergrupie. Trio składało się z Nemosa na gitarze, mnie na basie oraz niejakiego Strusia na wokalu. Tego dnia wykonano dwie piosenki (“Zapal Świeczkę” oraz “Czarny Chleb i Czarna Kawa”), wyłączając drobne problemy ze strojeniem było miło. Drugim pozytywnym aspektem natury artystycznej był mój udział w konkursie poetyckim, w którym uzyskałem wyróżnienie. Można to traktować tak jak sportowiec traktuje czwarte miejsce, nie mniej jednak – jestem tym małym sukcesem znacznie podbudowany. Jasnych momentów natury innej niźli artystyczna nie pomnę.
Reasumując, trudno jednoznacznie stwierdzić, jak będę wspominał czas między 2006 a 2008 rokiem. Na pewno jak pokutę za błędy przeszłości, kiedy od siedzenia na matematyce czy biologii ważniejsze było łojenie alpagi za szkołą. To taki przystanek, kolejne doświadczenie. Osobiście nie życzę takiego czegoś nikomu, bo jeśli człowiek nie lubi tego, co robi, to jest marnowanie czasu. Pozdrawiam serdecznie, do przeczytania.