Archiwum z lipiec, 2008

h1

#8. show me that you love me and that we belong together.

26/07/2008

Coś ucieka? Być może? Czegoś brak? Nie, chyba nie. W chwili obecnej mamy wszystko czego nam potrzeba. Więc co jest nie tak? Ja wiem, ja wiem.
Na moich zwojach mózgowych pojawiła się siwizna. To taki dziwny stan, który objawia się statycznym myśleniem, momentami wręcz ograniczonym. Cechuje się totalną niechęcią do wielu zabaw, którym to oddaje się zwyczajny osiemnastolatek (zwany inaczej moim równieśnikiem). Niechęć to negowanie. Niechęć to brak motywacji do inicjowania podobnych przedsięwzięć. Niechęć to czasem nawet dezaprobata i totalne niezrozumienie. Niechęć to znudzenie wykonywaniem pewnych czynności, które kiedyś już były obecne, dużo wcześniej.
Chcę przez to powiedzieć, że czasami nie ogarniam. Patrzę na to, jak zachowuje się przeciętny szesnastolatek, siedemnastolatek, osiemnastolatek, dziewiętnastolatek (teraz zamień sobie to również na rodzaj żeński) i nie potrafię się w to wczuć. Chyba zawsze tak było… Przez kilka lat opowiadać naprzemiennie dwie historie z imprez, kiedy kumple co tydzień przynosili pięć nowych? To w moim stylu.
Czy czuję, że mam inny charakter niż moje drogie koleżanki i moi mniej drodzy koledzy, a mój mózg myśli inaczej? Taaak, czuję… Czasem nawet dość dotkliwie, lecz na swój sposób, dość rzadko, dobrze mi z tym. Częściej chyba cała ta pozorowana dojrzałość przytłacza. Niedługo wyjazdy, to poćwiczę sobie tą gorszą część siebie.

‘pain is an illusion’

***
Na odtwarzaczu The Mars Volta, Tool, One Day As a Lion i Lipali.

h1

#7. tell me why your voice is always ringing in my ear?

09/07/2008

Cały wieczór i pół nocy przejechane na Limp Bizkit. Ultraważna grupa, która aktualnie nic nie gra. Przynajmniej oficjalnie… Bo w mojej głowie grają już od siedmiu lat i jeszcze długo będą grać, w jakichś odległych zakamarkach mojego mózgu.
Będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej znałem ich drugi album pt. “Significant Other” na pamięć. Słuchałem go z kasety kupionej na bazarze, wyglądającej jak oryginał. Nawet teraz, gdy słucham tego materiału w formacie mp3 mam odruch warunkowy polegający na chęci przewróceniu kasety ze strony A na stronę B. Po chwili się łapię na tym, że Winamp to nie wieża. To chyba jeden z ważniejszych krążków w moim życiu. Taka szkoda, że już nie sprzedają kaset MC… Wracając do tematu.
Limp Bizkit było pierwszym zespołem, któremu oddałem się w całości. Każda część ciała i duszy podporządkowana była muzyce Wesa Borlanda, Sama Riversa, Johna Otto, DJ Lethala i Freda Dursta. Zachowanie tego ostatniego (wszak medialnej gęby zespołu i niekwestionowanego lidera) dziś wydaje mi się odrobinę wieśniackie, nie mniej jednak – reszta zespołu naprawdę w porządku. Nieważne, tu chodzi o sound… A takiego soundu nigdzie indziej nie znajdę. Twórczość zespołu od debiutanckiego “Three Dollar Bill, y’all” do trzeciego, mega komercyjnego “Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavoured Water” smakuje, pachnie i brzmi jak moje szczeniackie czasy. Tak, tak… Tam są całe dni spędzane u Bodzy, kiedy razem obiecaliśmy sobie, że założymy kiedyś zespół, tam są samotne popołudnia w dużym pokoju mojego domu, są ciche wieczory w pokoju brata, mgliste wspomnienie jednego zauroczenia, podstawówka, którą przemilczę… To poważny początek drogi, którą sobie dreptam nawet dzisiaj. I czasem sobie myślę, że nigdy z niej nie zejdę, bo zbyt mocno się z nią polubiłem.

Nie czuję się więc taki, jak inni moi równieśnicy płci męskiej. Czasem chyba nawet urągam apoteozie polskiego nastolatka. Czuję tylko, że nawet w najbardziej śliskich tematach jesteśmy sobie zadziwiająco bliscy. Pomimo mojej niskiej samooceny oraz braków w wierze w samego siebie są chwile, kiedy jestem zajebiście dumny z tego, kim jestem i gdzie stoję. Nie, nie, nie, ja nie stoję, tam gdzie stało ZOMO. Chociaż po dłuższym namyśle i przypomnieniu sobie o swoich korzeniach… Może jednak? Może jednak. Na pewno Jarek ssie, reszta w tej chwili jest dla mnie nieistotna.