Byłem Ci ja ostatnio na takim spędzie, na który konserwatywne prawicowe oraz katolickie (często te dwie opcje idą ze sobą w parze) środowiska wciąż wylewają pomyje i posądzają o sympatyzowanie z szatanem. Spęd, który wciąż się zmienia, mota w formule, czego zatwardziałe, betonowe ortodoksy z dziwnymi fryzurami na głowie nie mogą przełknąć, zarzucając “zeszmacenie się”. I choć czasami duce tego całego happeningu gubi się w swojej hipokryzji (na przykład mieszając idee pacyfistyczne z promowaniem armii zawodowej), to większość (unthinking majority?) wciąż wpatruje się w niego jak w Matkę Boską. To jedyne miejsce na ziemi, gdzie katolicy egzystują obok krisznowców, a odmawiający służby zasadniczej krisznowcy obok ww. wojska zwie się Przystanek Woodstock.
I to, co powodowało u mnie niemałe podniecenie w czasach, kiedy udowadnianie rzekomej wyższości subkultury metalowców nad subkulturą skate było sensem życia, aktualnie nie rusza mnie prawie wcale. Gdyby Nikołajewicz wyrwał się do Kostrzyna nad Odrą wcześniej niż w roku 2008, czułby się wspaniale. Teraz, kiedy nie reprezentuje sobą żadnej subkultury (co więcej, tych sztucznych podziałów nie lubi), kiedy słucha czego chce i ma w dupie to, że na jego laście O.S.T.R. jest obok Johnny Casha i Toola, taki festiwal (podobno największy w Jewropie) traktuje jako prawie że egzotyczną ciekawostkę. Ucieleśnienie dawnych marzeń na wyciągnięcie ręki. Oczywiście było kilka naprawdę wspaniałych momentów (patrz występy grup Świetliki & Waglewski Fisz Emade), oczywiście za rok może pojadę po raz drugi, ale to wszystko nie smakuje jak dawniej, kiedy mówiąc “Woodstock” myślało się “miłość, przyjaźń, muzyka, stop narkotykom i przemocy”.
Trochę już widziałem, trochę się nauczyłem. Nie wierzę w brednie typu “na Woodzie nie ma przemocy, a przede wszystkim wszyscy są czyści”. Widziałem ludzi jarających gibony w szkolnym kiblu i łykających piksy za winklem. Skoro narkotyki są teraz wszędzie, a co bardziej odważni mogą sobie przyćpać w szkole, to niby nie ma tego problemu na tak wielkim festiwalu? Trzeba być kinderpankiem/kindermetalem/kinderczymś ślepo wierzącym telewizji i sieci, żeby wierzyć w takie bajki. Nie czuję się pacyfistą, bo pacyfizm to tylko trochę mniejsza utopia niż anarchizm (którym się notabene brzydzę odkąd pamiętam). Kumpel po wyjściu z pogo znajduje czyiś nóż kuchenny we własnej kieszeni, gdzie tu pokojowa zabawa? Hasła typu “wolny Tybet” śmierdzą nieszczerością, bo gdzie niby podziewali się Ci obrońcy demokracji przez te wszystkie lata, gdy nieszczęśni tybetańczycy byli tłamszeni? To nie zaczęło się wczoraj! Oczywiście ja nie neguję całej idei Przystanku Woodstock (sam fakt, że piszę tą nazwę z wielkiej litery o tym świadczy), chciałbym tylko, żeby przyszedł ktoś kompetentny i trochę go odbrązowił. Żeby tłuszcza nie myślała, że to raj na ziemi, a Owsiak Jerzy to największy mesjasz. Tak więc… Hej, prorocy moich gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz.
Ostatnio pewne dziwne wydarzenie z mojego życia zostało doprowadzone do finału… Może nie tyle co finału, co jakiś tam etap tegoż zakończył swój długi, bo trzyletni bieg. Poznałem osobiście dziewczynę z Białej Podlaskiej, w której zakochałem się przez internet. Zakochałem się z wzajemnością zresztą. Niby nic dziwnego (ile to już miłości wirtualnych świat widział?), z tym że ja tej dziewczyny wtedy nigdy nie spotkałem w realu. To też kuriozum z dawnych lat, ale wtedy trochę takich było, więcej niż teraz. Bo odpowiednio rozmawiając można się całkiem nieźle sprzedać na gadu gadu czy czaterii. Jeden mój dobry kumpel wie coś o tym, bo przerabiał coś podobnego. Ale u niego to skończyło się mega happy endem, jemu życzę teraz jak najlepiej, bo tak jak u niego to się układa tylko w filmach, i to tych amerykańskich na dodatek.