
#9. my heroes are dead, they died in my head.
07/08/2008Byłem Ci ja ostatnio na takim spędzie, na który konserwatywne prawicowe oraz katolickie (często te dwie opcje idą ze sobą w parze) środowiska wciąż wylewają pomyje i posądzają o sympatyzowanie z szatanem. Spęd, który wciąż się zmienia, mota w formule, czego zatwardziałe, betonowe ortodoksy z dziwnymi fryzurami na głowie nie mogą przełknąć, zarzucając “zeszmacenie się”. I choć czasami duce tego całego happeningu gubi się w swojej hipokryzji (na przykład mieszając idee pacyfistyczne z promowaniem armii zawodowej), to większość (unthinking majority?) wciąż wpatruje się w niego jak w Matkę Boską. To jedyne miejsce na ziemi, gdzie katolicy egzystują obok krisznowców, a odmawiający służby zasadniczej krisznowcy obok ww. wojska zwie się Przystanek Woodstock.
I to, co powodowało u mnie niemałe podniecenie w czasach, kiedy udowadnianie rzekomej wyższości subkultury metalowców nad subkulturą skate było sensem życia, aktualnie nie rusza mnie prawie wcale. Gdyby Nikołajewicz wyrwał się do Kostrzyna nad Odrą wcześniej niż w roku 2008, czułby się wspaniale. Teraz, kiedy nie reprezentuje sobą żadnej subkultury (co więcej, tych sztucznych podziałów nie lubi), kiedy słucha czego chce i ma w dupie to, że na jego laście O.S.T.R. jest obok Johnny Casha i Toola, taki festiwal (podobno największy w Jewropie) traktuje jako prawie że egzotyczną ciekawostkę. Ucieleśnienie dawnych marzeń na wyciągnięcie ręki. Oczywiście było kilka naprawdę wspaniałych momentów (patrz występy grup Świetliki & Waglewski Fisz Emade), oczywiście za rok może pojadę po raz drugi, ale to wszystko nie smakuje jak dawniej, kiedy mówiąc “Woodstock” myślało się “miłość, przyjaźń, muzyka, stop narkotykom i przemocy”.
Trochę już widziałem, trochę się nauczyłem. Nie wierzę w brednie typu “na Woodzie nie ma przemocy, a przede wszystkim wszyscy są czyści”. Widziałem ludzi jarających gibony w szkolnym kiblu i łykających piksy za winklem. Skoro narkotyki są teraz wszędzie, a co bardziej odważni mogą sobie przyćpać w szkole, to niby nie ma tego problemu na tak wielkim festiwalu? Trzeba być kinderpankiem/kindermetalem/kinderczymś ślepo wierzącym telewizji i sieci, żeby wierzyć w takie bajki. Nie czuję się pacyfistą, bo pacyfizm to tylko trochę mniejsza utopia niż anarchizm (którym się notabene brzydzę odkąd pamiętam). Kumpel po wyjściu z pogo znajduje czyiś nóż kuchenny we własnej kieszeni, gdzie tu pokojowa zabawa? Hasła typu “wolny Tybet” śmierdzą nieszczerością, bo gdzie niby podziewali się Ci obrońcy demokracji przez te wszystkie lata, gdy nieszczęśni tybetańczycy byli tłamszeni? To nie zaczęło się wczoraj! Oczywiście ja nie neguję całej idei Przystanku Woodstock (sam fakt, że piszę tą nazwę z wielkiej litery o tym świadczy), chciałbym tylko, żeby przyszedł ktoś kompetentny i trochę go odbrązowił. Żeby tłuszcza nie myślała, że to raj na ziemi, a Owsiak Jerzy to największy mesjasz. Tak więc… Hej, prorocy moich gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz.
Ostatnio pewne dziwne wydarzenie z mojego życia zostało doprowadzone do finału… Może nie tyle co finału, co jakiś tam etap tegoż zakończył swój długi, bo trzyletni bieg. Poznałem osobiście dziewczynę z Białej Podlaskiej, w której zakochałem się przez internet. Zakochałem się z wzajemnością zresztą. Niby nic dziwnego (ile to już miłości wirtualnych świat widział?), z tym że ja tej dziewczyny wtedy nigdy nie spotkałem w realu. To też kuriozum z dawnych lat, ale wtedy trochę takich było, więcej niż teraz. Bo odpowiednio rozmawiając można się całkiem nieźle sprzedać na gadu gadu czy czaterii. Jeden mój dobry kumpel wie coś o tym, bo przerabiał coś podobnego. Ale u niego to skończyło się mega happy endem, jemu życzę teraz jak najlepiej, bo tak jak u niego to się układa tylko w filmach, i to tych amerykańskich na dodatek.
Ekhm bo Łódstok jest przereklamowany. Miałem okazje pojechać już 2 czy 3 lata temu.. Ale powiem szczerze, że jakoś nie ciągnęła mnie ta impreza strasznie.. Nie wierzyłem w ten niepowtarzalny klimat.. Owszem, jest on tam na pewno.. Ale stwierdziłem, że dla samego klimatu nie chce mi się tam jechać:D Muzyka z roku na rok moim zdaniem gorsza.. Woodstock to taki festiwal co potrzebuje gwiazd. W tym roku faktycznie tylko Waglewscy mi się podobali, o reszcie nie mówie.. Zresztą to widać, co roku przyjeżdża tam coraz mniej ludzi. W tym już tylko 150 tys. To o czymś świadczy.. A lata 2002 czy 2003 kiedy bawiło się tam po 500 tys albo więcej ludzi?:P
………………….
Co do spotkania z Gatką to wiesz… Nobel, po prostu Nobel!
i Oscar.
………………….
Ekhm skąd ty znasz takich kumpli co u nich takie Happendy są co?
co do voodoostock’a – muszę stwierdzić, że na gadce “stop narkotykom” czy inne takie nie dałam się złapać od kiedy tylko jako tako kojarzyłam cóż to za impreza. bywało się na plenerowych koncertach i można było tam dostrzec jak jest naprawdę, więc ów impreza i jej hasła nie omamiły mnie. mówię tak, a nawet tam nie byłam, no!
i widzę, że jesteśmy na tym samym etapie – niepodporządkowywania się jakimkolwiek subkulturom. też się tego pozbyłam. ludzie mają obsesję na punkcie klasyfikowania. niech sobie klasyfikują, ale wg mnie to jakaś totalna abstrakcja.
to jest także jeden z powodów, który pomógł mi zadecydować, że jednak nie pojechałam. :) bardzo nie lubię zdawać sobie sprawy z tego, że szlachetne idee, do których się przywykło w pewien sposób i które się szanuje – podupadają. a jechać na Woodstock tylko po to, by móc powiedzieć, że się tam było i lansowało swoją pesudo-subkulturę [bo te, powiedzmy, prawdziwe zaniknęły już dawno] wynosząc ponad wszystkie pozostałe – nie, to nie dla mnie;) aczkolwiek, jeżeli za rok zagra ktoś ciekawy – pojadę, bo oczywiście żałuję, że nie widziałam Waglewskiego, Fisza i Emade.. ale tak czy inaczej, pojechałabym tylko dla muzyki. Tylko, bo przecież na Woodstocku liczy się też klimat.
Drugie miejsce ode mnie dostaje ten wpis :) Pierwsze wciąż to samo.. :)
Byłem tam rok temu. W koszulce Linkin Park (dobrze, że włosów sobie nie na żelowałem), o dziwo nie miałem nic do długowłosych w glanach i różowych panczorów. Nie znałem żadnego zespołu poza Comą (supportowała LP w Chorzowie). Waliły mnie jakieś konwenanse związane z ta imprezą (cały ten Owsiak i “stop dragom”). Wróciłem z tej całej brudnej imprezy zadowolony jak cholera. Podobało mi się wszystko, ten luz jaki tam bądź co bądź panuje, nawet sępiący ludzie mi nie przeszkadzali. A teraz rok po tamtym “wydarzeniu w moim życiu” przyznam, że chciałem jechać, ale nie było z kim, mówi się trudno. Aczkolwiek jest jedno (albo i więcej) “ale”, cholernie się u mnie pozmieniało i w czachulcu i na zewnątrz jak i w guście muzycznym (tutaj to jest jak w barometrze), czytając komenty ludzi obecnych na woodstocku w tym roku przestałem tak bardzo żałować, że mnie tam nie było. Myślę sobie, że jeśli za rok będzie okazja to pojadę, ale tylko i wyłącznie ze względu na ekipę (liczę na Winyl), bo sam fakt odmóżdżenia się w Kostrzynie już mnie tak nie jara jak rok temu.
ps. Mam wrażenie, że mój własny blog pod względem treści wyglądał by tak jak twój Mikołaju :)
Ja pojechałąm tam kompletnie z marszu i Ty doskonale o tym wiesz, ale… nie żałuje :) nie jechałąm tam dla propagowania jakiś idei, które dawno straciły swój sens w dzisiejszej dobie, nawet nie do końca znałam zespoły, które miały tam grać… Pojechałam, żeby fajnie spędzić czasu i mimo wszystko (!) nie żałuję, a co więcej – jestem cholernie zadowolona :) ten luz, to błogie lenistwo, nie patrzenie na zegarek, nawet kąpiele w błocie czy mycie włosów pod lodowatą wodą, znajomi z namiotu obok, kolega Krzysztof i jego winiak… to wszystko sprawiło, że te 4 dni, uwierz, na długo pozostaną mi w pamięci :) a wprzyszłym roku? myslę, że też chętnie się wybiorę – nawet na dłużej!
Woodstock rządzi. Wypierdalać. he he he. Chuje!
Chrum – chrum
A ja lubie moją mamę :)
U chuj! Kwik-Kwik