Archiwum z październik, 2008

h1

#14. zawsze było ich niewielu.

28/10/2008

’spotykamy się w każdy czwartek
każdy czwartek
siedemnasta’

Ten cytat przychodzi do mnie znikąd. A może i nie znikąd? A może jednak siedzę na wzgórzu, przy namiocie cyrkowym, a może jednak jem suchy chleb, a powyższe słowa dobiegają do mnie z oddali?

A teraz gra mi Miłość. W głowie mam pustkę, choć chciałoby się coś napisać, wyrazić się. Ale ostatnio jakoś tak mało mówię. I jeszcze tyję nieznacznie do tego. Niezbyt często widziany na mieście, chyba że w drodze do szkoły i z powrotem.

Poranki, herbata, beztroska. Ślina, smak, papierosy, wino. Charakterystyczna poezja sytuacji. Czarna sukienka na guziki. Moja koszulka śpi obok mnie. Zbyt.dużo.naraz. Zazdrość.straszna.sprawa.

—-
Kolejne minuty, godziny spędzone z kontrabasem bardzo absorbują. Gitara basowa jest nieco bardziej odległa, bo albo nie mam na nią czasu, albo jestem zbyt zmęczony. Mam za to wyrzuty sumienia, że zaniedbuję Basię.

h1

#13. a nad tym tłem ogromny wszechświat i to, z czego całe jest zło.

15/10/2008

‘wstaję nie wiem po co
wstaję bo chyba warto żyć
podnoszę się jak król
choć gębę mam jak szczur
to w głowie echo bzdur
że w końcu pewnie kimś zostanę
sam’

Kiedy piszę te słowa, na zegarku widnieje godzina piąta pięćdziesiąt, a kalendarz z misiami pluszowymi wiszący przede mną pokazuje środę, piętnastego października (tu pierwsza nieścisłość, bo dla mnie jest to osiemnasty październik w życiu, nie piętnasty, kto takie rzeczy wymyśla?). Mimo to zachowuję zasadę jedności czasu i miejsca.
Według mojego zegara biologicznego to o tej piątej pięćdziesiąt rano jak najbardziej powinienem być na nogach. Powinienem być na nogach już od dwudziestu minut. Mogę wstać dużo wcześniej, byle spokojnie spędzić poranek przed wyjściem do szkoły. Wszak spieszyć się o poranku nie cierpię, ponieważ jestem na tyle flegmatyczny, że muszę mieć minimum godzinę na spokojne wypicie jednej herbaty. Mniej czasu na tą prozaiczną czynność wyniesioną przeze mnie do rangi rytuału często jest równoznaczne z gorszym humorem przez resztę dnia. Jestem też jednym z tych nieco uzależnionych szaleńców, którzy o szóstej rano włączają komputer i ślęczą przed ekranem. Jednak przy tym wszystkim ciepło kołdry i własnego łóżka jest o wiele przyjemniejsze niż zmiana temperatury, niż powitanie kolejnego podobnego do poprzedniego dnia.
Jak wielu ludzi na tym łez padole, bardzo nie lubię krótkich nocy, ale jak na złość one powtarzają się cały czas – jak wielu ludziom na tym łez padole. Potem czuję się jak zwłoki z podkrążonymi oczami i z lękiem zastanawiam się, co się stanie gdy wstanie nowy dzień, a wraz z nim wstanę ja. A oprócz mnie wstają też moi przyjaciele, wrogowie, nieznajomi, naprawiacze pralek i inni obywatele tego łez padołu.

‘w mieście jest nieźle
i każdy ma tu swój dzień
dzień górnika, a jak
i hutnika, o tak
a ja nie mam dnia’

“Spadli w próżnię by powrócić we mnie” – tak mówi do mnie Zbigniew Herbert w tramwaju, który odwiedzam mimowolnie każdego dnia. Nie wiem, czy komunikacja miejska to dobre miejsce na rozmyślania i dyskusje o poezji, ale na pewno jest to całkiem niezła miejscówka na umieszczanie reklam, czytanie gazet rozdawanych na ulicy czy też słuchanie niektórych płyt fachowo skompresowanych do formatu mp3 i bezpiecznie ściągniętych z Internetu. Wsiadam nieprzytomny i podróżuję z równie śniętymi ludźmi. Znam ich z widzenia lub osobiście, z dawnych czasów lub tylko z tego kursu, bo co tydzień siedzimy obok siebie “na czwórkach” w nowym Mercedesie Citaro, a tak naprawdę nie zamieniliśmy nigdy ze sobą słowa i nie wiemy o sobie nic, czasem tylko podglądając się nawzajem na naszej-klasie, jeśli chodzi o anonimowość rówieśników.

‘i dobrze jest, wszyscy kochają Cię
i pamiętają, że bez Ciebie nie da się
bez Ciebie nie ma’

Ten autobus beze mnie jest już innym miejscem. Nie ma smrodu tanich papierosów, nie ma dziwnych dźwięków wydobywających się z rozsypujących się słuchawek, chłopaczka w kurtce dżinsowej, porannego mętnego spojrzenia jego zielonych oczu też nie ma. Jestem świadkiem i uczestnikiem tego folkloru, czasem z zabarwieniem cepeliowo-wiejskim (jak się jacyś pasażerowie w tych klimatach trafią).
A tak na marginesie… Właściwie jakby wyglądało Twoje życie beze mnie? Pytanie jest tak zwane globalne i retoryczne, tzn. kierowane do wszystkich, którzy mają ze mną jakąkolwiek styczność, ale i nie wymagające odpowiedzi. Tak często powtarzamy komuś “nie wiem, co bym zrobił bez Ciebie”… No co byś zrobił? Żyłbyś dalej, do cholery! Nadawca takiej wypowiedzi nie wiedziałby o moim istnieniu, przez co moja osoba nie absorbowałaby go ani trochę, a on swoje zainteresowania kierowałby na ludzi, których zna – z reala, wirtuala, z telewizji albo z Elle pismo światowe. To takie proste. Nie sądzę, by ktoś tworzył sobie wyimaginowanych przyjaciół na moje podobieństwo. Niewiele jest bardziej irytujących rzeczy niż rzekomy mesjanizm Mikołaja, do którego podobno wzdycha całkiem spora liczba dziewcząt i który rzekomo jest wspaniały pod każdym względem. I nie żebym mu zazdrościł, bo znam go całkiem dobrze. Nie jak własną kieszeń, ale niewiele brakuje.
Co do wymyślania przyjaciół to pamiętam, że kiedy byłem małym Kokosiątkiem to wymyśliłem sobie niewidzialnego przyjaciela. Miałem go przez kilka dni jednej zimy, w końcu zginął w wypadku spowodowanym przeze mnie. Spowodowanym z premedytacją, przekładając to na dzisiejszą mowę: ja byłem Sprite, on był pragnienie. Wróćmy na ziemię…

‘daj mi nóż, odetnę sobie nos
albo rozpruję brzuch, dla Ciebie
za nas dwóch, za pomylonych
i nie bój się, to nie kaleczy mnie
ja odczłowieczam się, ja się zniweczyć chcę
a to nie boli’

Leczenie uzależnienia od cukru. Nieskuteczne raczej. Dzisiaj oglądałem fragment “Rozmów w Toku” z ludźmi cierpiącymi na otyłość. Oni chowali słodycze wszędzie – w szafkach, garażach, pralkach… Okłamywali rodzinę, przyjaciół, samych siebie. Ja aż tak bardzo uzależniony nie jestem, jednak niestety od słodzenia sobie żywota w sposób różnoraki ciężko jest uciec. Jak od każdego nałogu zresztą. Szczególnie kiedy cukier był przyjacielem przez długi czas, bo nieładnie tak za sobą palić mosty.

‘jestem Nikim co umie tylko spać
lunatykiem od odkładania spraw
fanatykiem marzeń
jeśli miałbym szczerym być
to nie wierzę chyba w nic
tylko w ten maj’

Nie udzielam odpowiedzi na niektóre nurtujące mnie pytania. Dlaczego? Bo sam się boję na nie odpowiadać, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć, jużueli, jak to mówią w jukej i juesej. To są pytania z kategorii “trudne”. Zadaję je sobie, ludzie też czasem się o to pytają, a ja nic. Wciąż jestem tak samo ociężały umysłowo jak byłem. Tyle że znowu nie słucham ojca, od którego na początku tego roku szkolnego usłyszałem, że przede wszystkim trzeba zakładać pesymistyczny scenariusz – co to by się nie przejechać zbyt boleśnie jakby nie wyszło. A prześladuje mnie słowo i stan, które bardzo pośrednio rymuje się ze słowami “słota”, “procaryota” czy też “duchota”.

‘krewetek długi rząd otoczył manifestację degustatorów pulpy odcinając ją od rzeczywistości dnia poprzedniego.’

—-
Tyle na dziś z obłędnej notki od zdziwaczałego Koli.

h1

#12. czy nie byłoby miło, niech Pani odpowie mi.

04/10/2008

Dziś będzie bardzo inaczej. Otóż dzisiaj, totalnie przedpremierowo, pokażę światu fragment czegoś, co piszę od dłuższego już czasu.
Blisko dwa lata temu na moim dysku twardym, dokładniej na partycji De, pojawił się plik zatytułowany “historia muzyczna.doc”… Zacząłem w nim opisywać krok po kroku drogę, którą przechodziłem ja (i nie tylko ja) w dziedzinie szeroko pojętego muzykowania, brzdąkania i hałasowania. Czyli twór nieco biograficzny. Projekt został szybko zarzucony… Do czasu.
W marcu tego roku odkurzyłem stary plik i postanowiłem, że wezmę się za to na poważnie. Tak oto co jakiś czas, kiedy mam czas i natchnienie, uzupełniam kolejne wirtualne kartki w Wordzie, mozolnie składając elementy tej dużej i momentami zawiłej układanki. Mam plan akcji, który zawiera następujące założenia:

- czas trwania akcji: październik 2003-grudzień 2008
- ilość rozdziałów: trzynaście lub czternaście
- jak największy obiektywizm i szczerość
- opisywane zespoły: Chowaj Wino Do Plecaka, TMK, Chris June + wzmianki o kilku innych projektach

Na dzień dzisiejszy napisałem pięć rozdziałów, które w tej chwili zajmują piętnaście stron. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to możecie liczyć na około 40-50 stron tekstu.

Dwa fragmenty z tego, co na razie napisałem:

“Z umiejętnościami było kiepsko. Poki uczył się przy nas od nowa, Grzesiek właściwie wcześniej nie śpiewał, moje ówczesne kontakty z basem były tymi pierwszymi a Krzysiek za perkusją usiadł dopiero rok (sic!) po założeniu kapeli. Wtedy najlepszy z nas był Kalisiak, bo miał wówczas największe predyspozycje i potrafił grać melodyjki z reklam. Co prawda nie tak jak należy, tylko „stylem plumkającym”, jak to zostało przez nas ochrzczone, ale nam to imponowało i szczęki nam opadały kiedy zaczynał śmigać po zazwyczaj białych klawiszach. Byliśmy zespołem, który brzydził się półtonów – czarne klawisze, miejsca na gryfie „bez kropek” nie wiedzieć czemu przyprawiały nas wtedy o lęki. Jednak mimo wszystko jakoś tam próbowaliśmy funkcjonować. Ale za dużo do działania nie było, bo niedługo potem zaczęły się wakacje i każdy pojechał w swoją stronę.”

“W celu poświęcenia większej ilości czasu na pracę nad materiałem Nemo wprowadził się na tydzień do mnie, dzięki czemu nie musiał podróżować między Śródmieściem (gdzie mieszkał) a Kleciną, a przesiadywanie w naszym Zwrotnica Studio (nazwa studia/pokoju Grześka, w którym cała rzecz miała miejsce) mogło się wydłużyć o kilka godzin. Przeciętny plan dnia (od poniedziałku do soboty, a w niedzielę próba) wyglądał następująco: pobudka koło dziewiątej rano, jakieś małe śniadanie, o dziesiątej wychodziło się do Grześka (pięć minut piechotą ode mnie), natomiast jakieś pół godziny później zaczynaliśmy działania, które kończyliśmy zwykle między dziewiętnastą a dwudziestą. Około dwudziestej pierwszej byliśmy z powrotem u mnie, gdzie rozmawialiśmy o tym, co zrobiliśmy, co trzeba poprawić, a czasem jeszcze braliśmy gitary i katowaliśmy nowe pomysły. Wspomagaliśmy się piwem z Lidla, którym nie dało się upić (Finkbrau się nazywało, na jakichś drożdżach chyba było robione, tak pachniało). Mieliśmy chyba niecałą kratę tego alkoholu, było też jakieś niedobre wino, od którego ciągnęło strasznie ziołami… To był bardzo twórczy tydzień, w czasie którego dość mocno zaprzyjaźniłem się z Nemo, po naszych rozmowach do późna, przebywaniu cały tydzień w swoim towarzystwie, pijąc przy tym to niedobre piwo… “

Trzymajcie kciuki za mój mały projekt.

—-

Za mnie samego też, bo ostatnio mam dużo do roboty, no i dziwne rzeczy się od czasu do czasu dzieją. Co nie znaczy, że te rzeczy są złe i nie powinno ich być.