h1

#13. a nad tym tłem ogromny wszechświat i to, z czego całe jest zło.

15/10/2008

‘wstaję nie wiem po co
wstaję bo chyba warto żyć
podnoszę się jak król
choć gębę mam jak szczur
to w głowie echo bzdur
że w końcu pewnie kimś zostanę
sam’

Kiedy piszę te słowa, na zegarku widnieje godzina piąta pięćdziesiąt, a kalendarz z misiami pluszowymi wiszący przede mną pokazuje środę, piętnastego października (tu pierwsza nieścisłość, bo dla mnie jest to osiemnasty październik w życiu, nie piętnasty, kto takie rzeczy wymyśla?). Mimo to zachowuję zasadę jedności czasu i miejsca.
Według mojego zegara biologicznego to o tej piątej pięćdziesiąt rano jak najbardziej powinienem być na nogach. Powinienem być na nogach już od dwudziestu minut. Mogę wstać dużo wcześniej, byle spokojnie spędzić poranek przed wyjściem do szkoły. Wszak spieszyć się o poranku nie cierpię, ponieważ jestem na tyle flegmatyczny, że muszę mieć minimum godzinę na spokojne wypicie jednej herbaty. Mniej czasu na tą prozaiczną czynność wyniesioną przeze mnie do rangi rytuału często jest równoznaczne z gorszym humorem przez resztę dnia. Jestem też jednym z tych nieco uzależnionych szaleńców, którzy o szóstej rano włączają komputer i ślęczą przed ekranem. Jednak przy tym wszystkim ciepło kołdry i własnego łóżka jest o wiele przyjemniejsze niż zmiana temperatury, niż powitanie kolejnego podobnego do poprzedniego dnia.
Jak wielu ludzi na tym łez padole, bardzo nie lubię krótkich nocy, ale jak na złość one powtarzają się cały czas – jak wielu ludziom na tym łez padole. Potem czuję się jak zwłoki z podkrążonymi oczami i z lękiem zastanawiam się, co się stanie gdy wstanie nowy dzień, a wraz z nim wstanę ja. A oprócz mnie wstają też moi przyjaciele, wrogowie, nieznajomi, naprawiacze pralek i inni obywatele tego łez padołu.

‘w mieście jest nieźle
i każdy ma tu swój dzień
dzień górnika, a jak
i hutnika, o tak
a ja nie mam dnia’

“Spadli w próżnię by powrócić we mnie” – tak mówi do mnie Zbigniew Herbert w tramwaju, który odwiedzam mimowolnie każdego dnia. Nie wiem, czy komunikacja miejska to dobre miejsce na rozmyślania i dyskusje o poezji, ale na pewno jest to całkiem niezła miejscówka na umieszczanie reklam, czytanie gazet rozdawanych na ulicy czy też słuchanie niektórych płyt fachowo skompresowanych do formatu mp3 i bezpiecznie ściągniętych z Internetu. Wsiadam nieprzytomny i podróżuję z równie śniętymi ludźmi. Znam ich z widzenia lub osobiście, z dawnych czasów lub tylko z tego kursu, bo co tydzień siedzimy obok siebie “na czwórkach” w nowym Mercedesie Citaro, a tak naprawdę nie zamieniliśmy nigdy ze sobą słowa i nie wiemy o sobie nic, czasem tylko podglądając się nawzajem na naszej-klasie, jeśli chodzi o anonimowość rówieśników.

‘i dobrze jest, wszyscy kochają Cię
i pamiętają, że bez Ciebie nie da się
bez Ciebie nie ma’

Ten autobus beze mnie jest już innym miejscem. Nie ma smrodu tanich papierosów, nie ma dziwnych dźwięków wydobywających się z rozsypujących się słuchawek, chłopaczka w kurtce dżinsowej, porannego mętnego spojrzenia jego zielonych oczu też nie ma. Jestem świadkiem i uczestnikiem tego folkloru, czasem z zabarwieniem cepeliowo-wiejskim (jak się jacyś pasażerowie w tych klimatach trafią).
A tak na marginesie… Właściwie jakby wyglądało Twoje życie beze mnie? Pytanie jest tak zwane globalne i retoryczne, tzn. kierowane do wszystkich, którzy mają ze mną jakąkolwiek styczność, ale i nie wymagające odpowiedzi. Tak często powtarzamy komuś “nie wiem, co bym zrobił bez Ciebie”… No co byś zrobił? Żyłbyś dalej, do cholery! Nadawca takiej wypowiedzi nie wiedziałby o moim istnieniu, przez co moja osoba nie absorbowałaby go ani trochę, a on swoje zainteresowania kierowałby na ludzi, których zna – z reala, wirtuala, z telewizji albo z Elle pismo światowe. To takie proste. Nie sądzę, by ktoś tworzył sobie wyimaginowanych przyjaciół na moje podobieństwo. Niewiele jest bardziej irytujących rzeczy niż rzekomy mesjanizm Mikołaja, do którego podobno wzdycha całkiem spora liczba dziewcząt i który rzekomo jest wspaniały pod każdym względem. I nie żebym mu zazdrościł, bo znam go całkiem dobrze. Nie jak własną kieszeń, ale niewiele brakuje.
Co do wymyślania przyjaciół to pamiętam, że kiedy byłem małym Kokosiątkiem to wymyśliłem sobie niewidzialnego przyjaciela. Miałem go przez kilka dni jednej zimy, w końcu zginął w wypadku spowodowanym przeze mnie. Spowodowanym z premedytacją, przekładając to na dzisiejszą mowę: ja byłem Sprite, on był pragnienie. Wróćmy na ziemię…

‘daj mi nóż, odetnę sobie nos
albo rozpruję brzuch, dla Ciebie
za nas dwóch, za pomylonych
i nie bój się, to nie kaleczy mnie
ja odczłowieczam się, ja się zniweczyć chcę
a to nie boli’

Leczenie uzależnienia od cukru. Nieskuteczne raczej. Dzisiaj oglądałem fragment “Rozmów w Toku” z ludźmi cierpiącymi na otyłość. Oni chowali słodycze wszędzie – w szafkach, garażach, pralkach… Okłamywali rodzinę, przyjaciół, samych siebie. Ja aż tak bardzo uzależniony nie jestem, jednak niestety od słodzenia sobie żywota w sposób różnoraki ciężko jest uciec. Jak od każdego nałogu zresztą. Szczególnie kiedy cukier był przyjacielem przez długi czas, bo nieładnie tak za sobą palić mosty.

‘jestem Nikim co umie tylko spać
lunatykiem od odkładania spraw
fanatykiem marzeń
jeśli miałbym szczerym być
to nie wierzę chyba w nic
tylko w ten maj’

Nie udzielam odpowiedzi na niektóre nurtujące mnie pytania. Dlaczego? Bo sam się boję na nie odpowiadać, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć, jużueli, jak to mówią w jukej i juesej. To są pytania z kategorii “trudne”. Zadaję je sobie, ludzie też czasem się o to pytają, a ja nic. Wciąż jestem tak samo ociężały umysłowo jak byłem. Tyle że znowu nie słucham ojca, od którego na początku tego roku szkolnego usłyszałem, że przede wszystkim trzeba zakładać pesymistyczny scenariusz – co to by się nie przejechać zbyt boleśnie jakby nie wyszło. A prześladuje mnie słowo i stan, które bardzo pośrednio rymuje się ze słowami “słota”, “procaryota” czy też “duchota”.

‘krewetek długi rząd otoczył manifestację degustatorów pulpy odcinając ją od rzeczywistości dnia poprzedniego.’

—-
Tyle na dziś z obłędnej notki od zdziwaczałego Koli.

7 komentarzy

  1. Eheheh, bo nie wiem czy Tomek chciał się oddać :P


  2. Potrzeba chwilę, żeby to wszystko poukładać w tej pustej jak moja głowie. I ludzie mówią, że nie wiedzą co by bez Ciebie zrobili bo już Cię znają i nie chcą Ciebie stracić Mikołaju. Nie gdybajmy nad tym czy cierpieliby w ogóle Ciebie nie znając. To nie ma sensu. Ważne co tu i teraz. :*


  3. wymiękłam w połowie,
    wrócę do tego później.

    ua.


  4. Bo życie mój drogi wcale nie jest takie proste.. Jakby wyglądało twoje życie bezemnie i moje bez Ciebie? To jest pytanie retoryczne. A może byłoby w jakimś sensie puste, zawile skomplikowane, bez polotu i sensu? Czegoś byłoby brak? Nie musisz przenosić gór i bijąc się w piersi zabawiać w Robina Hooda co to chudł, bo nic nie jadł aby wnieść odrobinę radości, światełka w czyjeś życie.. A z kolei bycie biernym obserwatorem nie satysfakcjonuje nikogo, nawet najbardziej schromolałego, zdegustowanego życiem człowieka.. Życie boli, boli jak sam skurwysyn, ale właśnie dzięki temu bólowi możemy z niego wyciągnąć rzeczy dobre i dać trochę ciepła. Poczuć, że żyjemy.. To takie “patetic” i “normal”.. Dać trochę radości sobie i innym.. A tak bajdyłej (jak to zwykł mawiać niejaki Jakub P.) fajna piosenka, czyj to tekst?


  5. To nie jest kwestia co by zrobili, gdyby Cię nie znali, ale czy tęskniliby gdybys był i znikł…

    Cukier, cukier – biała śmierć ale myślę, że papierosy są gorsze, wiem jestem monotematyczna.
    Głowa do góry!


  6. Dzień Dobry.
    zaglądnęłam, nie wiem czemu, naszła mnie nagle taka myśl, coby zobaczyć co na blogu piszczy.
    uh.
    też oglądałam ten program, a potem wzięłam się za robienie brzuszków :P
    co tam słychać u Pana?


  7. rzekomo.



Dodaj komentarz