“Welcome to the real world” – powiedział mi Morfeusz, bóg marzeń sennych, już kiedy otworzyłem w południe oczy. W końcu się wyspałem, obudziłem się chwilę po dwunastej, ale obecność nieproszonego gościa pod nieobecność mojego umysłu nieco mnie zirytowała. Ten gość pochylał się nade mną, sugerując, żebym wstał i żył, wymagał ode mnie rzeczy perwersyjnych, takich jak robienie czegokolwiek, dla siebie i dla świata. “O chuj Ci chodzi?”, myślę sobie będąc jeszcze w letargu. Bo ostatnio obijam się strasznie, albo powiem inaczej: mam mocno zachwiane priorytety. To już nie jest ten wrzesień, kiedy pełen werwy stanąłem do boju. Teraz idzie grudzień, zaraz będę podsumowywał ten rok, na którym zasadniczo nie zostawię suchej nitki, i poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, zjadę go z góry na dół. A ja sił wiele nie mam. Od kilku tygodni próbuję zrobić coś dobrego dla siebie, dla swojej pasji, rzekłbym nawet: spełnić jedno ze swoich małych, skrytych marzeń, i co? I spełza to na niczym, bo odzewu nie ma generalnie żadnego. Sił mam do tego coraz mniej, a czas nagli. To tak jakbym wchodził oknem, kiedy wyrzucili mnie drzwiami. Ale okna powoli się kończą.
Kiedy śni mi się jeden krótki, ale bardzo intensywny epizod z niedalekiej przeszłości, zawsze wygląda to tak samo: jest pusty pokój, minimalne oświetlenie, głosy z oddali, i ja sam pośrodku tego wszystkiego. Raz wszystko jest poprzewracane, raz w jak najlepszym porządku. Pokój po kłótni pary? To było możliwe w pierwszym z tych snów. W drugim do ściany ktoś przykleił płachtę, na której to znajdowały się wiadomości zaadresowane do mnie, napisane przez wszystkich znajomych, z którymi wówczas miałem kontakt. Była również dedykacja od Ciebie… Pierwszy wers – z porami roku, nacisk położony na wiosnę i lato. Co było potem? Potem był promień słońca wpadający do pokoju przez okno, mimo iż było zasłonięte… Na moje miasto spadł śnieg, a ja otworzyłem oczy i tak oto zostałem sam na sam ze sporym niedosytem i wykręconym umysłem, już na sam początek dnia. Tak sobie leżałem pół godziny pod kołdrą i zastanawiałem się, o co chodzi i do czego ten sen miał prowadzić.
Jest to niewątpliwie dość pokaźna psychoza, kiedy jedna część mnie mówi “mam dość”, a druga część informuje “czegoś mi brak”. Lewa strona nigdy się nie budzi, prawa strona nigdy nie zasypia. To potrafi wykończyć, szczególnie w kolejnych rocznicach mojego legendarnego upicia się w klubie Wagon, kiedy scalenie rozsądku i pragnień bywa naprawdę uciążliwym faktem.
Uprzejmie informuję wszystkich moich Czytelników, że ostatnio zajmuję się niczym, a przy życiu utrzymuje mnie niewiele rzeczy.
“idzie rak, nieborak, jak uszczypnie będzie znak”


