Ludzie czytający mojego starego bloga wiedzą o moim zwyczaju, ludzie nie znający tematu poznają się z tym zwyczajem za chwilę. Chodzi mi o podsumowanie. Zawsze pod koniec roku wypisuję w internecie brednie dotyczące tego, co się wydarzyło w moim życiu w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Opowiadam o tym, łączę to w całość, badam związki tych wydarzeń z przeszłością, wróżę z literek, co będzie w przyszłości. I tak oto kończy się kolejny rok, a ja po raz kolejny biorę się za bary z tym, co już za mną.
W skrócie: to był rok złych wiadomości, kwasów, końców, początków, piekielnej powtarzalności niekorzystnych sekwencji, czasowo nieokreślonych euforii i zajawek, spełnienia jakichś tam małych marzeń, zamknięcia długiego i ważnego rozdziału w moim życiu… Był również szalenie udany, krótki, ale fajny związkek, była też muzyka (bo każdy mój rok jest muzyczny), śmierć – zarówno ta dokonana, jak i ta przedwczesna, potencjalna, teoretyczna i odległa, a jednak realna – w zakresie lokalnym, krajowym i globalnym… Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć opis, ale nie byłbym sobą gdybym nie napisał jeszcze niżej kilkuset innych słów. Macie teraz święta, dni wolne, więc możecie przeczytać takiego kolosa.
[Okej, w tym momencie odpadłem... Jak się odcinać, to na całego. Wykastrowałem połowę notki. Będzie skrót.]
Rok zaczął się od końca długiego związku, bez którego nigdy nie byłbym tym, kim jestem teraz. Bez tego ukształtowania nie byłoby później czego kochać, nie byłoby czego lubić, bo byłbym jakąś wersją demo. Dziękuję za wspólne dwadzieścia jeden miesięcy i jeden tydzień, za wszystkie dobre i złe chwile, za to, że byłaś. Zapoczątkowałaś proces przepoczwarzania się chłopca w mężczyznę, do tego zrobiłaś dziesiątki innych rzeczy. Zapamiętam cały Twój wkład w mój charakter.
Po blisko pół roku pustostanu sercowego pojawiłaś się Ty. Wszystko działo się tak szybko… Nim się spostrzegliśmy już ze sobą byliśmy. Z dnia na dzień objawialiśmy przed sobą nasze własne demony, które raptem znikały po wyjściu na światło dzienne. Wiesz, te pozytywne zmiany, jakie w Tobie zaszły za moją sprawą to jeden z moich największych życiowych sukcesów. Wspólne koncerty, wpadanie do mnie po tych koncertach, odwożenie raczej w południe dnia następnego. Woodstock, Sława (po której nikt i nic nie jest i już nigdy nie będzie takie samo). Ale i to się skończyło, a mój seans powtarzalności trwa w najlepsze. Ale Tobie też dziękuję – było krótko (cztery miesiące i jeden dzień), ale intensywnie, spontanicznie, magicznie. Chciałbym się kiedyś rozpędzić, wyleczyć, i zyskać przyjaźń oraz zaufanie. Więc już nigdy nie będzie takiego lata, prawda?
Jeśli współpracujesz z kimś niewiele ponad dwa lata, to mimochodem przywiązujesz się do tej osoby – niezależnie od tego, ile krwi sobie napsuliście, jest to jakiś kawał czasu. Więc przez ponad dwa lata grałem z jednym gitarzystą, nasze drogi się rozeszły. A co było potem? Na jego miejsce przyszło dwóch nowych, którzy zainspirowali mnie nie mniej niż moi idole, bo ja kiedyś miałem jakichś szczególnych idoli. Robienie muzyki coraz mniej przystępnej dla ludzi, a coraz bardziej dla nas samych, ostateczne rozliczenie się z presją i bańką, w jakiej poruszałem się tutaj dość długo było czymś naprawdę fajnym. I Wam też dziękuję, bo jesteście jednym z tych czynników, dzięki którym w tym roku śmiałem się szczerze i donośnie.
Moja rodzina, po zachwianiach na Wielkanoc, w te święta Bożego Narodzenia była naprawdę silna. Próbowałem zapamiętać każdy szczegół z wieczerzy wigilijnej, bo nie wiadomo, czy kiedyś to się powtórzy w takiej formie. Przy wigilijnym stole siedzieliśmy razem jakieś siedem godzin – przez całe moje życie nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą tak długo. Tak już bywa, gdy jedno czy dwa wydarzenia wprowadzają zamęt. Gdy dwie istoty fizycznie dla siebie nie stworzone, fizycznie odległe są ze sobą szczęśliwe, co jest do tego akceptowane przez jakiś tam procent ich otoczenia. Albo gdy pewnego dnia dostaje się nowinę tak bardzo podnoszącą poziom wszystkiego, taką nieprzyjemnie zwalającą z nóg, która wzbudza strach, który z kolei otwiera oczy. W takich chwilach nawet wrogowie potrafią ze sobą normalnie porozmawiać i na siebie nie krzyczeć.
A poza tym to odjebało mi konkretnie: mam zawód kucharza, dalej się uczę w liceum, chcę studiować, gram na kontrabasie (średnio raczej), zacząłem słuchać jazzu, prawie przekonałem się do wódki, mam na swojej karcie postaci pięćset punktów mizantropii, przeczytałem wszystkie książki Krajewskiego z Breslau w tytule… Nabieram odwagi, zaczynam wierzyć w siebie. To jest taki progres, dziesięć procent. Do stu jeszcze daleka droga. To był rok zmian.
[A na koniec pozostałość po starej wersji notki. Ulotna myśl, której raz się trzymam, a raz nie. Jakieś quasifilozoficzne myśli.]
Czasami zdarzało mi się podczas palenia kolejnego papierosa, który zbliżał mnie do niechybnej śmierci w męczarniach, wmawiać sobie, że przy odrobinie odwagi i samozaparcia mogę być Midasem, który byle gówno zmieni w złoto jednym dotknięciem. Nieco zagubionym kolesiem, który w końcu widzi sens w tym, co powiedziała mu polonistka jeszcze w gimnazjum: “przecież Ty jesteś facetem skazanym na sukces”. I tak oto, Moi Mili, zmierzam do prawdziwego, zwięzłego podsumowania. Pomimo tego, iż mijający rok przyniósł mi dużo smutku, mimo że czasem myślało się o przerwaniu linki łączącej mnie z czymkolwiek na tym świecie sądzę, że moje unicestwienie nie jest jeszcze w planach – ani moich, ani nikogo innego, choć nie wiadomo co czyha w ciemnych bramach miasta Wrocław. To znaczy mniej więcej tyle, że jeszcze trochę będziecie się ze mną męczyć na tym łez padole. Pewnego dnia mogę zniknąć, tak jak czasem o tym mówię i myślę, ale nie na zawsze, bo zawsze tu będę miał coś do załatwienia. Ja czasem jestem typem Hioba, który idzie po gnoju podrzucanym przez Boga. Dlaczego szef sprawia trudności? Są trzy opcje: albo mnie lubi jako postać w swoim boskim “The Smiths” (przepraszam, “The Sims”), albo mści się za wszystkie moje bluźnierstwa pod adresem jego naziemnego personelu, albo po prostu testuje moją niezbyt żarliwą wiarę w cały jego system. I wcale nie mam zamiaru w rewanżu krzyczeć do szefa “Ty chuju”, ja przyjąłem na klatę te wszystkie zniewagi, jakie przygotowano mi na mijający właśnie rok. Nikt nie mówił, że będzie lekko. A Wam życzę na przyszłość wszystkiego najlepszego, no i wytrwałości, cierpliwości, szczęścia. Pozdroszejset.
Mikołaj
["Word count: 1010". Jeśli skrót ma tyle słów to nie chcecie wiedzieć, jak wyglądała poprzednia wersja.]


