Archiwum z grudzień, 2008

h1

#21. miałeś moc największą, wolność absolutną, miałeś najgorętszą miłość.

25/12/2008

Ludzie czytający mojego starego bloga wiedzą o moim zwyczaju, ludzie nie znający tematu poznają się z tym zwyczajem za chwilę. Chodzi mi o podsumowanie. Zawsze pod koniec roku wypisuję w internecie brednie dotyczące tego, co się wydarzyło w moim życiu w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Opowiadam o tym, łączę to w całość, badam związki tych wydarzeń z przeszłością, wróżę z literek, co będzie w przyszłości. I tak oto kończy się kolejny rok, a ja po raz kolejny biorę się za bary z tym, co już za mną.

W skrócie: to był rok złych wiadomości, kwasów, końców, początków, piekielnej powtarzalności niekorzystnych sekwencji, czasowo nieokreślonych euforii i zajawek, spełnienia jakichś tam małych marzeń, zamknięcia długiego i ważnego rozdziału w moim życiu… Był również szalenie udany, krótki, ale fajny związkek, była też muzyka (bo każdy mój rok jest muzyczny), śmierć – zarówno ta dokonana, jak i ta przedwczesna, potencjalna, teoretyczna i odległa, a jednak realna – w zakresie lokalnym, krajowym i globalnym… Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć opis, ale nie byłbym sobą gdybym nie napisał jeszcze niżej kilkuset innych słów. Macie teraz święta, dni wolne, więc możecie przeczytać takiego kolosa.

[Okej, w tym momencie odpadłem... Jak się odcinać, to na całego. Wykastrowałem połowę notki. Będzie skrót.]

Rok zaczął się od końca długiego związku, bez którego nigdy nie byłbym tym, kim jestem teraz. Bez tego ukształtowania nie byłoby później czego kochać, nie byłoby czego lubić, bo byłbym jakąś wersją demo. Dziękuję za wspólne dwadzieścia jeden miesięcy i jeden tydzień, za wszystkie dobre i złe chwile, za to, że byłaś. Zapoczątkowałaś proces przepoczwarzania się chłopca w mężczyznę, do tego zrobiłaś dziesiątki innych rzeczy. Zapamiętam cały Twój wkład w mój charakter.

Po blisko pół roku pustostanu sercowego pojawiłaś się Ty. Wszystko działo się tak szybko… Nim się spostrzegliśmy już ze sobą byliśmy. Z dnia na dzień objawialiśmy przed sobą nasze własne demony, które raptem znikały po wyjściu na światło dzienne. Wiesz, te pozytywne zmiany, jakie w Tobie zaszły za moją sprawą to jeden z moich największych życiowych sukcesów. Wspólne koncerty, wpadanie do mnie po tych koncertach, odwożenie raczej w południe dnia następnego. Woodstock, Sława (po której nikt i nic nie jest i już nigdy nie będzie takie samo). Ale i to się skończyło, a mój seans powtarzalności trwa w najlepsze. Ale Tobie też dziękuję – było krótko (cztery miesiące i jeden dzień), ale intensywnie, spontanicznie, magicznie. Chciałbym się kiedyś rozpędzić, wyleczyć, i zyskać przyjaźń oraz zaufanie. Więc już nigdy nie będzie takiego lata, prawda?

Jeśli współpracujesz z kimś niewiele ponad dwa lata, to mimochodem przywiązujesz się do tej osoby – niezależnie od tego, ile krwi sobie napsuliście, jest to jakiś kawał czasu. Więc przez ponad dwa lata grałem z jednym gitarzystą, nasze drogi się rozeszły. A co było potem? Na jego miejsce przyszło dwóch nowych, którzy zainspirowali mnie nie mniej niż moi idole, bo ja kiedyś miałem jakichś szczególnych idoli. Robienie muzyki coraz mniej przystępnej dla ludzi, a coraz bardziej dla nas samych, ostateczne rozliczenie się z presją i bańką, w jakiej poruszałem się tutaj dość długo było czymś naprawdę fajnym. I Wam też dziękuję, bo jesteście jednym z tych czynników, dzięki którym w tym roku śmiałem się szczerze i donośnie.

Moja rodzina, po zachwianiach na Wielkanoc, w te święta Bożego Narodzenia była naprawdę silna. Próbowałem zapamiętać każdy szczegół z wieczerzy wigilijnej, bo nie wiadomo, czy kiedyś to się powtórzy w takiej formie. Przy wigilijnym stole siedzieliśmy razem jakieś siedem godzin – przez całe moje życie nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą tak długo. Tak już bywa, gdy jedno czy dwa wydarzenia wprowadzają zamęt. Gdy dwie istoty fizycznie dla siebie nie stworzone, fizycznie odległe są ze sobą szczęśliwe, co jest do tego akceptowane przez jakiś tam procent ich otoczenia. Albo gdy pewnego dnia dostaje się nowinę tak bardzo podnoszącą poziom wszystkiego, taką nieprzyjemnie zwalającą z nóg, która wzbudza strach, który z kolei otwiera oczy. W takich chwilach nawet wrogowie potrafią ze sobą normalnie porozmawiać i na siebie nie krzyczeć.

A poza tym to odjebało mi konkretnie: mam zawód kucharza, dalej się uczę w liceum, chcę studiować, gram na kontrabasie (średnio raczej), zacząłem słuchać jazzu, prawie przekonałem się do wódki, mam na swojej karcie postaci pięćset punktów mizantropii, przeczytałem wszystkie książki Krajewskiego z Breslau w tytule… Nabieram odwagi, zaczynam wierzyć w siebie. To jest taki progres, dziesięć procent. Do stu jeszcze daleka droga. To był rok zmian.

[A na koniec pozostałość po starej wersji notki. Ulotna myśl, której raz się trzymam, a raz nie. Jakieś quasifilozoficzne myśli.]

Czasami zdarzało mi się podczas palenia kolejnego papierosa, który zbliżał mnie do niechybnej śmierci w męczarniach, wmawiać sobie, że przy odrobinie odwagi i samozaparcia mogę być Midasem, który byle gówno zmieni w złoto jednym dotknięciem. Nieco zagubionym kolesiem, który w końcu widzi sens w tym, co powiedziała mu polonistka jeszcze w gimnazjum: “przecież Ty jesteś facetem skazanym na sukces”. I tak oto, Moi Mili, zmierzam do prawdziwego, zwięzłego podsumowania. Pomimo tego, iż mijający rok przyniósł mi dużo smutku, mimo że czasem myślało się o przerwaniu linki łączącej mnie z czymkolwiek na tym świecie sądzę, że moje unicestwienie nie jest jeszcze w planach – ani moich, ani nikogo innego, choć nie wiadomo co czyha w ciemnych bramach miasta Wrocław. To znaczy mniej więcej tyle, że jeszcze trochę będziecie się ze mną męczyć na tym łez padole. Pewnego dnia mogę zniknąć, tak jak czasem o tym mówię i myślę, ale nie na zawsze, bo zawsze tu będę miał coś do załatwienia. Ja czasem jestem typem Hioba, który idzie po gnoju podrzucanym przez Boga. Dlaczego szef sprawia trudności? Są trzy opcje: albo mnie lubi jako postać w swoim boskim “The Smiths” (przepraszam, “The Sims”), albo mści się za wszystkie moje bluźnierstwa pod adresem jego naziemnego personelu, albo po prostu testuje moją niezbyt żarliwą wiarę w cały jego system. I wcale nie mam zamiaru w rewanżu krzyczeć do szefa “Ty chuju”, ja przyjąłem na klatę te wszystkie zniewagi, jakie przygotowano mi na mijający właśnie rok. Nikt nie mówił, że będzie lekko. A Wam życzę na przyszłość wszystkiego najlepszego, no i wytrwałości, cierpliwości, szczęścia. Pozdroszejset.

Mikołaj

["Word count: 1010". Jeśli skrót ma tyle słów to nie chcecie wiedzieć, jak wyglądała poprzednia wersja.]

h1

#20. wrzesień znośny, październik owszem, listopad.

16/12/2008

Prawdopodobnie kilka osób na tym świecie czeka na jakieś nowe dźwięki w wykonaniu ansamblu, który mam przyjemność współtworzyć – wierzę w to, że mamy chociaż garstkę fanów, policzalną na palcach jednej ręki… Te dźwięki są, nienagrane, jeszcze niedopieszczone, ale do stanu ukończenia jest już bliżej niż dalej. Wszystko wyjaśni się na koncertach. Naszą tajemnicą pozostają teksty. Te pojawią się na naszej stronie już niebawem, a tymczasem poniżej udostępniam tekst z tzw. “odpadów” – napisany przeze mnie, ale niewykorzystany. Przynajmniej na razie.

“W Dobie Chronicznego Braku Czasu”

Znikam i pojawiam się
Do głowy swojej weź dziś mnie
Będę pasażerem, choć
Nie wiem, czy tego chcę
Nie umiem czytać
W myślach kiepski jestem
W tym tkwi sęk
Aczkolwiek
Staram się wychodzić
Z tego zawsze cało
Kształt wysoce plastikowy
Jest

Zwykle zaskakuje mnie
Życia kolejny blef
Jak lew, walczyć chcę, lecz i tak
Znowu zostawiam chlew
Teraz czasu jakby mniej
Głupcze, nadzieję miej
By każdy swoje grał
Tak to by każdy chciał

Przede mną mgła
Przede mną zarośnięta droga
Przede mną ja
Droga ze szkła i wieczna trwoga

Znikam i pojawiam się
Miasto oślepia mnie
W skorupie swej, jak żółw
Na trzy zamykam się
To miasto dusi się
Trzeba zaraz uciekać stąd
Zanim tłumy pożrą mnie
Byle jak i byle gdzie

Przede mną mgła
Przede mną zarośnięta droga
Przede mną ja
Droga ze szkła i wieczna trwoga

(Wrocław, 4-11.11.2008)

—-
I zasadniczo tak właśnie jest. Jak w tym tekście. A może już nie ma? Nie wiem, dziwota goni dziwotę.

“W październiku będzie albo gorzej, albo tak samo”

Pamiętam, jak mi to powiedziałaś, gdzieś tam siedząc na krawężniku w niedzielne południe, paląc Twoje papierosy w wersji light. Jak na jesień to słońce grzało konkretnie, a ja jak głupi na ten dzień wybrałem czarny sweter. Epilog? W tym październiku u Ciebie zasadniczo było chyba lepiej, u mnie było chyba tak samo. Nic się nie dzieje, wszystko bez zmian, hej.

Już prawie dwa miesiące bez photobloga… Opuszczenie go uważam za jedną z najrozsądniejszych rzeczy, jakie zrobiłem w tym roku.

A ja znowu nie zasnę. I jutro również, i pojutrze, i tak dalej. Przyczyny różne.

’syf, niedopałków swąd stymuluje mnie’

h1

#19. I’ve got the demons in me, I’ve got to flush them all away.

11/12/2008

Czasami szukam w głowie sposobów na zabijanie myśli, powodujących takie problemy, jak na przykład bezsenność. Strzelam do nich, duszę je, truję dymem (to pomaga na kilka chwil). Moja głowa nie ma ze mną łatwego życia. Sadyzm raczej nie pomaga, moje myśli są immortal.

A więc chcesz mi powiedzieć Mikołaju, że znowu Ci się zapętliło, zatory w żyłach… Prowizoryczne supły wiążące ze sobą te wszystkie elementy, z których się składasz, straciły swoją moc, a wiązania puściły. I nawet nie pytasz się mnie, Mikołaju, co możesz z tym fantem zrobić. Tak, obaj wiemy, że za parę dni powiesz “jest okej”, a kilka dni po tych kilku dniach znów będziesz zbierać siebie z podłogi. Wiesz, że temu nie zaradzisz, bo Twoje kompetencje nie sięgają aż tak daleko.
Każda wiosna jest inna. Możesz mieć swoją wiosnę na przeciwległym biegunie, ale nie podzielisz się nią z resztą świata – teoretycznie jest to niemożliwe, bo wszystkie szanse na to zostały wykorzystane. Zresztą nawet jeśli są, to ich nie widzisz, czekasz na jakiś impuls, który jak wiatr przenoszący gazetę po trotuarze wyrzuci to na powierzchnię. Może wyjdzie, może coś odkręci, może poukłada. Jak zwykle się oszukujesz, jak zwykle robisz sobie nadzieje (chociaż tego to już nie wiesz w ogóle), jak zwykle nie wiesz, w którą stronę idzie świat. Jak zwykle jesteś niesamowicie nierozsądny. Jesteś ciotą. Nie myślałeś nigdy nad jakimiś zmianami, treningiem osobowości, farmakologicznym zwiększeniem dawki testosteronu? I patrzysz w szybę tramwaju, myślisz nad tym, kiedy prawdziwy Bass Maczo śpiewa: “remember the summer time, this morning the sun will wake earlier”.
Pewnego dnia ludzie, na których Ci zależy opuszczą to miasto, skażone półsłówkami, akweduktami pamięci, niedopasowaniem, zakłamaniem. Znikną z pola widzenia, pozakładają rodziny, wychowają dzieciaki, które nie będą mieć takich problemów jak ich rodzice. A ludzie, których nie do końca chcesz zostaną. Nad tym miastem wisi demon niedokończonych, przedwcześnie przerwanych spraw. Ja znam jego imię, wiem, kim jest ten, który nie potrafi przegrywać i odpuścić.

Plus dwadzieścia do mizantropii, minus pięć od popularności. Czy znowu masz ataki anhedonii, Mikołaju?

Kyuss – “Demon Cleaner”