
#24. now we are poison, and we don’t care.
19/01/2009Miałem zespół, który grał nieco chujowo, ale w ogóle tego nie dostrzegałem. Uczyłem się w szkole, której nie znosiłem. Była zgrana paczka znajomych, która mogła porozmawiać o wszystkim. Miałem miłość – silną, rozsądną, stawianą za wzór. To był spokój. Bezpowrotny spokój.
Teraz jest najlepszy moment na to, żeby zrobić coś dobrego dla samego siebie. Zapomnieć wszystko, abdykować z funkcji trybu w tej maszynie, zniszczonej przez jakiś niezbadany wrzód. Ja Was, Mości Państwo, właściwie nie znam. Nie pamiętam imion, za to znam setki pseudonimów i tysiące słów. Znamy się jedynie z opowiadań i plotek, które wciąż powstają. Widujemy się jedynie na kolejnych libacjach. Rotacje personalne, kto z kim kręci, kurewstwa robione przez czołówkę “naj” “kolegów”, radosna dewastacja mojego emocjonalnego mienia, spuszczanie całego mojego jestestwa w wielkim kiblu. Koszmar, który nie puści jeszcze przez dłuższy czas. Za takie rzeczy powinno lać się w mordę, szemrana dintojra “w imię zasad”, jak to Franz powiedział. No tak się nie będziemy bawić, bo ja w tym wszystkim tracę pion, kruszę na tym zęby, tracę włosy i tracę wiarę, nieufność rozrasta się, przestaję rozróżniać, gdzie była prawda, a gdzie kłamstwo. To z kolei wcale nie pomaga w budowaniu przyjaźni, o którą tak zabiegałem, a która chyba zaczęła pukać do mych drzwi całkiem niedawno.
Są rzeczy, których żałuję. Są też sytuacje, które wspominam dobrze, choć wynikły z tego, czego żałuję. Są w tym wszystkim ludzie, z którymi kontakt nie ogranicza się do wspólnego imprezowania. To nigdy nie był mój świat, choć na swój sposób ten świat podbiłem i wydaje mi się, że ktoś kiedyś powie o mnie dobre słowo. Wszak po mieście odbija się złota dla mnie myśl: “Miko jest niezły”.
“czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”
Czas na zmiany. Małe, duże, spokojne i szokujące, rozrywające mózg na części.
Bo wiesz, ten spokój dają przyjaciele, ale tacy prawdziwi, na których zawsze można liczyć, zawsze. Którzy co by się nie działo, co byś nie zrobił staną po Twojej stronie i powiedzą coś dobrego.
Inni są ważni, ale niektórzy są najważniejsi.
:*
‘no tak się nie będziemy bawić, bo ja w tym wszystkim tracę pion’ jakbym siebie czytała. znaczy, całą notkę mogłabym tak określić, ale ten fragment taki mój jakiś.
a poza tym nie mam co komentować, bo streściłeś całe nasze dwie i pół godziny wczorajszej rozmowy. też planowałam to zrobić, ale jak na razie nie mogę się zebrać. i cieszę się, że raczej mam zaszczyt zaliczać się do tej grupy ‘z którymi kontakt nie ogranicza się do wspólnego imprezowania.’
Miko jest niezły.
; *
Masz rację.
A tak od siebie,wystarcza nawet jedna osoba,której jest się pewnym.Reszta wtedy się nie liczy.(Oczywiście nie w ogóle,tylko aż w takim stopniu jak ten ktoś.)
Masz cholernie dużo racji w tym co piszesz. Ale tak jak już napisała i Mira i Mag – ten ’spokój’ może dać Ci ta jedna osoba, prawdziwy przyjaciel.
Dasz radę Kokoś, ja w to wierzę ;*
jak mam rozumieć tę pozytywnie zaskakującą uwagę panie M.?:)
zmiany są dobre! :)
Witam:) Zajrzałam przypadkiem, spodobał mi się styl, to i dodałam do poczytania:) To, o czym tu piszesz, przypomina mi początki studiów, gdzie każdy był nowy i wydawało się, że znajomości rozkręcą się w przyjaźnie do końca życia, takie wtedy padały piękne słowa, pełne patosu. a teraz? nawet imion nie pamiętam. a prawdziwy przyjaciel to ten, który nawet, gdy nie powiesz, że coś jest nie tak, sam pierwszy to z Ciebie wyciągnie:) Pozdrawiam i do przeczytania, mam nadzieję:)
A mówi się, że nie o ilość chodzi, lecz o jakość :) Miałam kiedyś wielu przyjaciół. Zostało dwóch. A gdzie tych dwudziestu? ;)
Jakie miasto? Hmm… Trzy lata mieszkałam w Wałbrzychu. Potem wróciłam do domu (małe miasteczko w górach), a we Wrocławiu studiuję. Nie mam go w sercu, bo przyjeżdżam w co drugi piątek średnio, ale trzeba stwierdzić, że to miasto ma w sobie jakąś magię.
W sercu bardziej Wałbrzyh leży, choć sentyment miesza się z nienawiścią. Totalna dekadencja, turpizm, wstręt i syfilis. No. Ciągnie swój do swego ;) Czasem było mi tam dobrze. Ale z perspektywy czasu nie zostałabym tam dłużej.
A z zaproszenia, rzecz jasna, będę korzystać :)