Archiwum z marzec, 2009

h1

#36. it’s a wonderful time to be here, it’s nice to be alive.

27/03/2009

Przychodzi nieregularnie, ale zawsze znienacka. Zawsze o świcie. Zniesmaczenie światem. Zmianami na gorsze, absurdami, których wczoraj nie było, a dzisiaj już są. Bezsilność, przecież nie będę strzelał do twórców bezsensu – bo po co? Nie wyplewię też głupoty. Nawet własnej duszy nie dam rady wybielić. Wszystkie brzydkie rzeczy, grzechy i łgarstwa każdej wagi, pozdrowiły mnie któregoś poranka. Wymioty sumienia. Turpistyczna jazda bez trzymanki.

Spragniony koncertowania, stania po drugiej stronie i sprzężeń – zarówno tych gitarowych, jak i międzyludzkich.

h1

#35. czekam na dzień, w którym znowu Cię zobaczę.

21/03/2009

Staram się oduczyć używania kolokwializmów i jakichś, nazwijmy to neologizmów. Notki urodzinowej tu nie było, bo w tym roku nie było po co. Kolejny rok życia wystartował, nie ma nad czym się rozwodzić, ostatnie “naście” w moim wykonaniu, a więc co z tego? To nic wielkiego, a i nie miałem nic do przekazania – po prostu stało się, szesnastego dnia marca znów stałem się starszy. Chory byłem to nie miałem natchnienia, żeby o tym pisać.

Trzeba w końcu kupić ten cholerny rower, żeby poszukać uznanej za zaginioną kondycji. Trzeba coś zrobić, żeby było cieplej, a nie takie robienie ludzi w chuja jak teraz – niby słońce, ale do tego chłód straszny, i żeby było więcej czasu, to też dopisać do listy. Trzeba wychodzić do ludzi, równocześnie konsekwentnie ograniczając relacje, tak jak dotychczas. Trzeba trzymać tyle samo miejsca w głowie co dotychczas, miejsca na myślenie o tych nielicznych ludziach, których obecności wciąż mi mało. Trzeba wciąż liczyć na łut szczęścia, bo po drodze do nieba docenią spryt, nie talent – tutaj chodzi o wpływ fuksa i wtyków. Trzeba zmobilizować się do pracy. Trzeba wiedzieć, jak się zachować, gdy stanę przed ścianą, albo na rozstaju dróg, jeszcze nie wiem.

h1

#34. tu wszystkie dziewczyny, których nie lubię mieć.

13/03/2009

Wieczny deficyt snu, jakieś skoki ciśnienia i tabletki na alergię prowokują u mnie ogromną senność. Dużo kawy, a i tak ciągle ziewam, oczy same się kleją. Do tego całkowita bumelka, jeśli już wypełniam swoje obowiązki, to okrężną drogą. Oby niedaleka przyszłość przyniosła mi więcej werwy, weny i serca.

No i mniej frustracji i rezygnacji, bo znów upadłem na ryj, paszczę. Odpadam, już nie chcę, wołam o pomoc, opadam na ryj, już nie chcę więcej, weź mnie stąd. Leżę twarzą do ziemi, czekam na koniec świata. Teraz kamera ujmuje w kadr cnoty boskie: Wiara zrobiła sobie przerwę, hew a brejk, hew a kit kat, albo może poszła na jednego i wróci w jakąś bezsenną noc, będzie śmierdzieć spirytusem. Nadzieja stoi nade mną i myśli na głos. Śmieje się ze mnie, mówi tak głośno i tak ironicznie, by wszyscy dookoła usłyszeli i podchwycili temat do żartów: “Droga długa jest… Nie wiadomo czy ma kres… Per aspera ad astra, Sukinsynu”.