“I. Butelki
Leniwa niedziela. Zwykle w takie dni wracam późno, dziś jednak nastąpiło pewne odstępstwo od tej reguły. Dzwony kościelne oznajmiały całemu osiedlu koniec ostatniej niedzielnej mszy, sygnalizowały wiernym o tym, iż trzeba wracać do domów i jak najprędzej zapomnieć o tym, co przed chwilą mówił do nich ksiądz z ambony. Pogoda dopisywała, więc można było dokończyć napoczęte cymesy upieczone na grillu, zakończyć dzień w asyście rodziny i zimnych alkoholi. A jeśli alkoholi, to często i kłótni, bo jakoś tak promile dodają odwagi, ułańskiej fantazji, kradnąc przy tym rozum.
Idę po chodniku tak, by nie dotykać stopami łączeń płyt. Taki slalom wymaga skupienia, gdyż trotuar nawet nie kryje swojej krzywizny, popękanych betonowych płyt, wszechobecnych petów (gdyż niedopałki to największy problem miast na całym świecie!)… Ale idę przed siebie, chodnik do pięknych nie należy, ale nie mogę mieć do niego pretensji o to, że jest przykładem na zatrzymanie czasu w tym miejscu, w którym zresztą jestem po raz pierwszy. Nigdy tu nie byłem, ale stawiam na węch jak lew oraz na swoją pamięć, na to, ile zapamiętała z uprzedniego wpatrywania się w mapę miasta.
Więc docieram na miejsce. Właściwie dalej nie wiem, kto, jak i po co mnie tu wezwał. To bardzo podejrzana sprawa – karteczka z nadrukowaną nazwą jakiegoś leku, coś takiego, jak mają lekarze w swoich gabinetach. Na niej napis w stylu „Persen” albo „Alantan” i slogan reklamowy. Ktoś wrzucił taką kartkę do mojej skrzynki na listy, uprzednio pisząc na niej obrzydliwie pięknym pismem datę, godzinę i miejsce, w którym chciałby mnie zobaczyć. Charakter pisma raczej kobiecy, choć może być to blef – znam kilku facetów, którzy mają pismo ładniejsze niż niejedna dziewczyna. Nieważne, jestem na miejscu i jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli to lada moment dowiem się, któż to ciągnie mnie przez całe miasto w niewiadomym celu.
Część miasta, w której aktualnie się znajduję nie wygląda zachęcająco. Ściany kamienic poobijane przez kilka pokoleń niedoszłych piłkarzy pozdrawiają mnie hasłami „HWDP” i „Pokolenie JP II – jebać policje 100% na zawsze!”. To sygnał, zaproszenie do wspólnego nakręcania spirali nienawiści skierowanej do takich i takich organów ścigania. Nie pojmę tego rozumem, choćbym myślał wieki. Najwidoczniej taki jest porządek tego świata – jedni malują swastyki na szubienicach, inni sierpem i młotem zwalczają czerwoną hołotę, a jeszcze ktoś inny ma chrapkę na ostre stosunki z policją. Odchodząc od tematu socjologicznych przemyśleń dociera do mnie fakt, iż właśnie stoję przed miejscem, które ma adres identyczny z tym, który znajduje się na mojej karteczce. Magazyn, czy może jakaś hala, nie wiem – nie jestem asem budownictwa… Powybijane szyby, dziury w ścianach („to nie mogło być z cegły” myślę sobie), a dookoła chwasty sięgające mi do kolan. Jest wejście, więc biorę głębszy wdech, przechodzę przez resztki furtki, mijając grupkę chłopców w wieku pierwszej komunii czerpiących całkiem sporą przyjemność i satysfakcję z tłuczenia butelek o kamienie. Dla nich to świetna zabawa – jeden znajdzie butelkę, na której przyklejona jest pobladła etykieta z pingwinem i napisem „Wódka Lodowa”, pochwali się swoim odkryciem przed kolegami, a następnie z błyskiem w oku rozpieprzy tą butelkę o wystający głaz. Potem postąpi identycznie z następną znalezioną butelką, w jego ślady pójdzie następny kolega, i tak w kółko. Nie ma to jak pozornie bezsensowne zajęcie tuż przed dobranocką.
Jestem już wewnątrz magazynu, a raczej tego, co z niego zostało. W takich miejscach zawsze jest mnóstwo szkła – oby te dzieciaki się tym nie zainteresowały, bo to się źle skończy. Rozglądam się po wnętrzu. Popołudniowe słońce szuka mnie, chce jak najszybciej stworzyć dla mnie kompana w postaci cienia. Nie widzę nic, co mogłoby wskazać mi w końcu powód, dla którego ktoś mnie tu ściągnął. Zaczynam zastanawiać się, czy przypadkiem ktoś nie zrobił mnie w chuja… Ale nie! Ktoś oznakował czerwonym sprayem miejsce, gdzie ściana (o dość dobrej kondycji jak na ten budynek) zmienia swój kolor z brudnej bieli na brudny beż. Podchodzę więc tam pewnym krokiem. Drzwi. Naciskam na klamkę. Otwarte. Za nimi ciemno. „Raz kozie śmierć” – tak właśnie myślę, po czym przechodzę przez próg. Mimo tego, że nie mam pewności, czy za drzwiami znajdę kogoś przyjaźnie nastawionego, czy może jakiegoś dekapitatora, dla którego stracę głowę.
Zanim oczy przyzwyczają się do ciemności ja już znajduję ścianę, której dotykam i którą się sugeruję w kwestii wyboru trasy – używam jej bezczelnie, jakby była moją własnością, psem przewodnikiem. Droga prowadzi raczej w dół, raczej nie jest zbyt stromo, bo nie ma schodów. Wygląda to tak, jakby ktoś wykopał to samodzielnie – zabawa ryzykowna, muszę przyznać. Idę dobre pięćdziesiąt metrów, choć droga cholernie się dłuży – jakbym miał zaraz dojść do jądra Ziemi, warstwy o nazwie Crofesima. Wreszcie dostrzegam przed sobą niewyraźne światło. Oznacza to mniej więcej tyle, że jestem już blisko celu. Ale to nie wszystko. W niewyraźnym świetle majaczą jeszcze mniej dokładne sylwetki.”
* * * *
I właśnie teraz, kiedy zamiast krwi płynie mi kawa i napoje energetyczne, w nosie i oczach zagnieździły się pyłki traw różnych, mało jem, mało śpię, męczę się z końcoworoczną presją, ogólnie kiedy jest co robić, ja zamiast tego biorę się za bary z jakimiś cienkimi opowiadaniami. Nie zważam nawet na to, żem raczej niewprawiony w tej dziedzinie i że pomysł jest tylko szczątkowy, usiadłem, napisałem, kiedyś dokończę. Jak zwykle próbuję okiełznać pomysły galopujące przez mój niewymiarowy łeb – jak zwykle raczej mi to nie wychodzi, choć pomysły te niesforne bywają w moim mniemaniu zacne.
Ale spakowałem to co trzeba do paczki, w której chusteczki higieniczne z jeżykami, kotkami, owieczkami i tym podobnymi uśmiechają się do mnie, choć nie pozwalam im na przeprowadzenie antyalergicznej odsieczy.
Dziś utwór z gatunku pozytywnych, przez Annę rekomendowany zresztą:
Camille Saint-Saëns – ‘The Elephant’


