Archiwum z czerwiec, 2009

h1

#53. w czasie deszczu dzieci się nudzą.

28/06/2009

Dzisiaj nie będę się żalić (choć ostatnimi czasy dni i przede wszystkim wieczory zdecydowanie mi nie smakują – ach, te niemiłe rozłąki i bolączki dzisiejszych nastolatków, prowokujące negatywne myśli).

Koszulki, które robię przy każdej okazji z kawałka paczki po papierosach to już przeżytek. Internet podpowiedział mi coś nowego. Otóż okazuje się, że taką paczkę można wykorzystać jeszcze inaczej – na przykład wykonać z niej totalny total w postaci odrzutowca:


Czego to ludzie nie wymyślą…

h1

#52. this dark fever is unstoppable.

26/06/2009

Od północy 24 czerwca do godziny dwunastej dnia następnego spałem tylko dwie godziny. Jedliśmy niewiele, wypiliśmy kilka piw firmy Bosman, poszło kilka paczek fajek, zrobiliśmy trochę wsi w galerii Galaxy i Szcecinie ogólnie, śmialiśmy się i gadaliśmy dużo (powstało kilka tekstów, które już są kultowe tu i ówdzie). Do Wrocławia wróciliśmy zmęczeni, brudni i śmierdzący. Ale za to mieliśmy okazję zobaczyć na żywo zespół, który podziwialiśmy mając jedenaście, dwanaście, trzynaście lat… A i oni pokazali klasę – zabrakło kilku utworów, których pożądaliśmy, ale to nie zmienia faktu, że są w formie i zagrali zajebiście dobrze. Tak dobrze, że aktualnie brakuje mi słów na opisanie. Niedowiarków odsyłam na YouTube.

A po powrocie spałem szesnaście godzin – trochę dlatego, że trzeba było odespać swój trip na północ Polski, a trochę po to, by skrócić czas oczekiwania na Ankę, która to uciekła na różne wakacyjne wyjazdy, a ja nie należę do facetów, którzy lubią wyjazdy swojej lepszej połowy. Szczególnie kiedy ostatnimi czasy układa nam się chyba całkiem nieźle.

Niemalże w tym samym czasie Michael Jackson pokazał, że nie trzeba być hakerem żeby zapchać serwer Google i przypomniał, iż nic tak dobrze nie ożywia legendy jak dobry trup. Bezprecedensowe wydarzenie, które przyćmiło nawet wypadek polskiego autokaru gdzieś w Dojczlandzie – zastanawiam się, kto miałby atrakcyjniejszą medialnie śmierć, gdyby przyszło umierać w jednym czasie królowi popu, papieżowi i mieszkańcom hotelu robotniczego gdzieś w zachodniopomorskim.

I na koniec nuta, która nam towarzyszyła przez cały wyjazd do Szczecina i z powrotem. Wbrew pozorom to nie jest utwór Limp Bizkit, ale polecam, bo wspaniale wykrzywia łeb słuchana o szóstej rano.

DJ Titon – ‘Windows’

h1

#51. but I’m still a big kid as an older man.

19/06/2009


Będzie drugi rok muzycznej (“przetrwałeś”, jak to powiedziała ostatnio Ania), a także trzeci i czwarty semestr mojego liceum. Nawet chyba jestem w tym liceum lubiany, jak pokazał mi piwny wypad w kwintecie do pobliskiego lokalu. Zdjęcia grupowe z moim featuringiem trafiły już na naszą-klasę, gdzie zostałem nawet przypięty tu i ówdzie pinezkami, a opisy zdjęć głoszą, iż to właśnie “najlepsi z najlepszych” swoimi twarzami godnie reprezentują Hogwart (jak to zwykłem moją szkołę ostatnio nazywać).
No, ale teraz to ja odliczam dni do koncertu Limp Bizkit, na który to od dłuższego czasu posiadam bilet, i który jest pewnym stadium spełnienia – ujrzeć na żywo swój ulubiony zespół lat wczesnonastoletnich, i to jeszcze w oryginalnym, klasycznym składzie…
A ten koncert kontrabasowy, który dostałem na wakacje to chyba będzie śnić mi się po nocach. Mimo iż jeszcze nawet tego nie rozczytałem, a co dopiero to grać i nauczyć się na pamięć. Ale nie ma sprawy, to tylko trzy strony, inni mają gorzej. I tak dzięki wspaniałemu minimum wyciąganym w klasie pierwszej jestem chyba najgorszym kontrabasistą w szkole – to da się naprawić, wypadałoby!

Skoro jesteśmy przy tematach muzycznych to muszę napisać, iż niedawno minęło pięć lat, od kiedy to dostałem swój pierwszy bas i zacząłem na nim najpierw naukę, a następnie jako taką grę (choć uczę się cały czas, i to właśnie rozwój stymuluje, jest w tym najpiękniejszy). Minęły również trzy lata od pierwszego koncertu. Aż nie chce się wierzyć, jak zleciało mi pięć latek pocinania na basówce.

I jeszcze sprawa najważniejsza, “last but not least” – zanosi się na to, że jeszcze trochę sobie na tym świecie pożyję gdyż guzek, który ostatnimi czasy wykryłem na swej szyi okazał się być niegroźnym (póki co) powiększeniem jakiegoś węzła chłonnego – tak rzekła pani lekarz, potwierdziły to specjalistyczne badania, na które to musiałem poświęcić dwie fiolki mojej własnej krwi (a potem czarna wołga zbiera takie fiolki z całego miasta i przeznacza na kaszankę). Choć nie ukrywam, bałem się jak cholera i momentami latałem po ścianach, lamperiach i innych pokrewnych wymyślając sobie coraz to nowe choroby.

Beastie Boys – ‘Intergalactic’