
#52. this dark fever is unstoppable.
26/06/2009
Od północy 24 czerwca do godziny dwunastej dnia następnego spałem tylko dwie godziny. Jedliśmy niewiele, wypiliśmy kilka piw firmy Bosman, poszło kilka paczek fajek, zrobiliśmy trochę wsi w galerii Galaxy i Szcecinie ogólnie, śmialiśmy się i gadaliśmy dużo (powstało kilka tekstów, które już są kultowe tu i ówdzie). Do Wrocławia wróciliśmy zmęczeni, brudni i śmierdzący. Ale za to mieliśmy okazję zobaczyć na żywo zespół, który podziwialiśmy mając jedenaście, dwanaście, trzynaście lat… A i oni pokazali klasę – zabrakło kilku utworów, których pożądaliśmy, ale to nie zmienia faktu, że są w formie i zagrali zajebiście dobrze. Tak dobrze, że aktualnie brakuje mi słów na opisanie. Niedowiarków odsyłam na YouTube.
A po powrocie spałem szesnaście godzin – trochę dlatego, że trzeba było odespać swój trip na północ Polski, a trochę po to, by skrócić czas oczekiwania na Ankę, która to uciekła na różne wakacyjne wyjazdy, a ja nie należę do facetów, którzy lubią wyjazdy swojej lepszej połowy. Szczególnie kiedy ostatnimi czasy układa nam się chyba całkiem nieźle.
Niemalże w tym samym czasie Michael Jackson pokazał, że nie trzeba być hakerem żeby zapchać serwer Google i przypomniał, iż nic tak dobrze nie ożywia legendy jak dobry trup. Bezprecedensowe wydarzenie, które przyćmiło nawet wypadek polskiego autokaru gdzieś w Dojczlandzie – zastanawiam się, kto miałby atrakcyjniejszą medialnie śmierć, gdyby przyszło umierać w jednym czasie królowi popu, papieżowi i mieszkańcom hotelu robotniczego gdzieś w zachodniopomorskim.
I na koniec nuta, która nam towarzyszyła przez cały wyjazd do Szczecina i z powrotem. Wbrew pozorom to nie jest utwór Limp Bizkit, ale polecam, bo wspaniale wykrzywia łeb słuchana o szóstej rano.
Cieszę się, że wypad udany i ogólnie chyba jest nie najgorzej!
Tylko pogoda się Panu Bogu na te wakacje nie udała, ale może będzie lepiej :)