Archiwum z październik, 2009

h1

#86. are we movin’ too slow?

31/10/2009

Jest taka sprawa, że stając się istotną częścią mojego życia zgadzasz się na nieodwracalną zmianę. To taki mały stolec, który zaczyna brzydko pachnieć gdy się go ruszy. Nawet jeżeli rozdziela się to życie na kilka części, nawet wtedy nie da się zmyć z siebie resztek tego smrodu, który wydziela się gdy jestem w pobliżu. Dzieją się rzeczy niewytłumaczalne. I nawet status ulubieńca matek niczego nie zmienia, po prostu jest jak jest – każdy po swojemu. Coś jak polityka – sama kurtuazja do niczego nie doprowadza.

A w ustach zazwyczaj smak porażki, bo czemu by nie?

Frank Zappa – ‘Uncle Remus’

h1

#85. maybe I’ll break down, maybe I’ll try.

27/10/2009

Kawa bez mleka, czarna niczym dupa samego Szatana, który zresztą stanowi temat mojej prezentacji maturalnej. Ciężko się wstaje. Nie włączam telewizora, bo wolę sobie darować grę w skojarzenia (pięć minut później: radia też nie powinienem włączać). Nie umiem pisać dialogów. Patrzę na setlistę przeznaczoną na nasz koncert w Liverpoolu… Łooo! To będzie coś. Nie dać się ponieść emocjom, a będzie hardkorowo, lecz przyjemnie. Przynajmniej mi, bo tego, czy ktoś widzi sens i jakiś wątły przekaz w tym, o czym śpiewam, to już nie wiem. I jedna druga słowa “Kokoś”. Jedna dzisiejsza, poranna, na pierwszy rzut oka onomatopeiczna myśl.

Ko?

The Mars Volta – ‘Teflon’

h1

#84. to słowo lepszy ma smak.

24/10/2009

Człowiek, który przestał lubić weekendy. Wyjątkowo bez masła.

Koszmary znów męczą. Przychodzą, wyrywają ze snu. Nie przyjmuję takich spraw do wiadomości, więc są nierealne. Proste? Solidarność z otoczeniem na kilka godzin, zawarta gdzieś między pierwszym kieliszkiem a ostatnią butelką piwa jasnego marki Okocim. To długa tradycja. Tematy się zaczynają, w pewnej chwili są urywane, zastępowane nowymi, w których powraca echo tych przerwanych zagadnień. I tak w kółko. Męczące unikanie odpowiedzi – w powietrzu wisi zniecierpliwienie, kolega siedzący przede mną krzyczy “pijmy wódkę!” bo wie, że to jest panaceum na tematy niewygodne. Wszyscy mamy na swój sposób przejebane, a jeżeli ktoś nie ma, to i tak ma, bo Łona kiedyś nawijał, że go martwi to, że go nic nie martwi.

Nowy happysad słaby. Nowy Rammstein całkiem fajny, riffy miażdżą jak powinny (a Ty na to odpowiadasz “fu”, bo masz alergię nie tylko na mnie). Czekam na nowy album Oceanu.
Więc słucham muzyki (ostatnimi czasy to zahaczam wręcz o jakiś progresywny rock, co do mnie niepodobne), tracę oddech, spacer pod rękę idealny na mą mękę. Ogólnie to nieco schizofrenicznie, bo jak już mówiłem ostatnio – tak wiele zależy od tak niewielu. Jakaś kokieteria oraz mnóstwo odniesień i sampli z rzeczywistości. Zjadłbym pączka.

Utwór tygodnia:
King Crimson – ‘Thela Hun Ginjeet’