‘penetrując własne ja
napotkałem dziwną myśl
co poronić nie da się
chociaż cisnę ile sił’
W sumie nie wiem skąd się to bierze, że jak układam jakiś tekst to znowu pojawia się w nim pewna namiastka Tego Trójkątnego Oka. Jak nie kolęda to co innego, wyznanie potrzeby. Chyba trochę jak w tym przysłowiu które sugeruje, że człowiek w stanie zagrożenia wzywa Tego Gościa z Naprawdę Wyższych Sfer. A ja nie wiem co to ma niby znaczyć, ale jakoś podświadomie przychodzi to do mnie. Prześladuje mnie.
Od jakiegoś czasu piszę utwór, który ma spore szanse zostać najbardziej pesymistycznym numerem, jaki kiedykolwiek wyszedł spod moich rąk. Warstwa dźwiękowa na ukończeniu, warstwa słowna powoli wyłania się ze skojarzeń spisywanych bez ładu i składu na kartce. Nie mogę się doczekać ukończenia (jak mi się uda), chciałbym kiedyś się nim podzielić.
I częściej już zasypiam na lewym boku, nie na prawym jak kiedyś. Chociaż nie wiem, jak już padnę to nie jest ważne, w jakiej pozycji zasnę. Nawet opowieści o trudnym wyborze boku do spania nie są ważne. Z mózgu zrobił mi się kisiel. Wyrzuty sumienia miewam, zazdrosny bywam. Takie rozchujenie jaźni, jak to kiedyś Taka Jedna powiedziała.
‘każdy jeden atom siebie
poukładać chcę’



