Archiwum kategorii ‘nie do końca serio’

h1

#70. zabawa w bierki, zabawa w śmiech, kto tutaj jest najbardziej zajebisty?

05/09/2009

Anna liczy mi każdą wypitą kawę, podbiera mi fajki, bym palił mniej. Nie wiadomo dlaczego rozmawiamy o maturze – bądź Mikołaju ambitny, ale z luzem i umiarem, nie pierdol, krócej własne myśli ujmując.
Czerwone Marlboro w miękkim papierku mają więcej stylu niż zwyczajna paczka, choć i tak ostatnio preferuję tyteks luzem, gilzy i nabijarkę.
Ostatni dzień wakacji miał smak trzech butelek lipy z miodem i wiśniowego szajsu z gołym biustem na etykiecie – następnego dnia zaszło podejrzenie, iż przychodząc na rozpoczęcie roku miałem jeszcze we krwi śladowe ilości wyżej wymienionych. Głupim wydaje się fakt, że drzazgę w oku bliźniego czasem dostrzegam, a belki calusieńkiej we własnym zielonym oku nie widzę – chwilowo wytłumaczę to troską. Tak czy inaczej glątwy nie było, lecz wskutek ciekawych rozmów prowadzonych na pełnym słońcu spiekłem się tu i ówdzie i teraz niczym wąż jakiś zrzucam z nosa skórę.
Rozkład jazdy na najbliższy rok pokazuje, że dom przez większość tygodnia jest tylko i wyłącznie sypialnią, gdzie od czasu do czasu można bezdusznie potraktować jak bankomat ojca pożyczającego sobie Przegląd Sportowy z pobliskiego kiosku czy też mamuśkę, która wbrew moim sugestiom nie potrafi położyć laski na zawistne koleżanki z pracy. W domu można też sobie zjeść obiad odgrzany w mikrofalówce (nie wiem, jak mogłem żyć bez takiego sprzętu przez dziewiętnaście lat).
Znalazłem swoje nazwisko w składzie szkolnej orkiestry na rok 2009/10. Sugerując się podziałem dwójkowym zastosowanym na liście wychodzę z założenia, że dostałem zaszczytny (bo najmniej słyszalny i widoczny) ostatni pulpit. Choć sprawa nie jest zamknięta, bo na chwilę obecną nikt nie wyobraża sobie dziesięciu kontrabasów w jednym miejscu. Wszystkiego dowiemy się w którymś z następnych odcinków, jednak póki co mi się nie spieszy.
Aktualnie prędzej mi do grania nieprofesjonalnego, w którym jest mnóstwo miejsca na perkusyjną arytmię, bas balansujący na granicy słyszalności, rozstrojone gitary i głosy gorączkowo poszukujące za przeproszeniem “d”. W tej kategorii poruszam się pewniej, pocieszając się tym, że skoro Joe Strummer miał braki w warsztacie a pamiętamy go do dzisiaj to i mi czy Radkowi się jakoś tam powiedzie w trakcie planowanych na jesień nagrań (no i żeby powodziło się po rejestracji muzyki, czego w gruncie rzeczy zbytnio nie lubię). Czas na lekcję pokory i przerwę w unoszeniu się ponad poziom własnej rzyci (“wyżej sra niż dupę ma” – znacie to powiedzenie, prawda?). Na dzisiaj to tyle z mojej strony.

Ścianka – ‘Piosenka nr 2′

h1

#66. nabrałem ochoty na Twoje pieszczoty, i jeszcze po pieszczotach coś potem.

18/08/2009

‘- słyszę Ań…
- ciszę Mikołaja też słychać’

W dniu wyjazdu padało. Między piątą a szóstą rano dojechałem rowerem z domu na Wrocław Główny w pół godziny, dostając po drodze z liścia od gałęzi (takie tam niegroźne, malutkie rozcięcie obok oka). Co było potem?
Potem była podróż Deutsche Bahnem, trzy godziny spędzone na starym dworcu w Węglińcu, w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Zmokliśmy, było cholernie zimno… Był dworzec-widmo w Gryfowie Śląskim, gdzie wszystkie drzwi zamknięto na kłódkę i nie można było nawet kupić biletu powrotnego (ale centrum miasta Gryfowianie mają ładne). Było parę kilometrów do pokonania rowerem, połowa drogi z górki, ze słońcem i świetnymi widokami na Góry Izerskie.
Potem kilka dni na miejscu, z Lechem i Mocnymi na pokładzie. ‘Miko, nie wąchaj kapsli od piwa’. Rozmowy, układanie wyrazów w irytujących telegrach, Oi Sarmata, było też Disney Channel i piętnaście minut miłości po obejrzeniu kreskówy “Tarzan” – słynne letnie kakao i mniej słynna kanapka z serem. Nowe smaki, nowe, pociągające faktury pod palcami, podgwiezdne opowieści dziwnej treści o nas samych, kilka zdjęć, Gęś Rumuńska. Spadające gwiazdy pojawiały się w takich ilościach i tak szybko, że większości z nich nie wykorzystałem na życzenia. Zmartwień zbyt dużo nie odnotowano, natomiast zaobserwowano wzrost różnych cech, choćby zaufania. Spokój również wpadł na jakiś czas, trochę zapomnienia nie zaszkodziło. Hopsasa, mówię do Ciebie więcej i więcej, teraz to Ty słuchasz, nie śmieję się z Ciebie, choć Ci się tak wydaje.
Ale kiedyś trzeba było wrócić, więc znowu wsiadamy na rowery. Mimo tego, że teraz mieliśmy pod górę to przynajmniej nie zgubiliśmy się w Gryfowie, wróciliśmy prawdziwymi osobówkami PKP, nie jakimiś schludnymi dojczebanami tudzież wymuskaną koleją szynową. W sumie to lubię pociągi. Wieczorem jesteśmy we Wrocławiu – ledwo wyszedłem z dworca, a już zobaczyłem mnóstwo ludzi, mnóstwo samochodów, mnóstwo hałasu, w rowerze spadł łańcuch. Witamy na Ziemi z powrotem, czas wrócić do życia i znów obudzić się wyspanym w pustym łóżku. ‘Chyba’ dostałem nowe, kolorowe kredki.

The Seatbelts – ‘Bad Dog No Biscuits’

h1

#53. w czasie deszczu dzieci się nudzą.

28/06/2009

Dzisiaj nie będę się żalić (choć ostatnimi czasy dni i przede wszystkim wieczory zdecydowanie mi nie smakują – ach, te niemiłe rozłąki i bolączki dzisiejszych nastolatków, prowokujące negatywne myśli).

Koszulki, które robię przy każdej okazji z kawałka paczki po papierosach to już przeżytek. Internet podpowiedział mi coś nowego. Otóż okazuje się, że taką paczkę można wykorzystać jeszcze inaczej – na przykład wykonać z niej totalny total w postaci odrzutowca:


Czego to ludzie nie wymyślą…