Przede mną leży najnowszy numer miesięcznika ukazującego się na moim osiedlu. Zwykle pojawia się z opóźnieniem, zwykle lwią część tych dwunastu stron w stylistyce monochromatycznej zajmują reklamy. To zrozumiałe, wszak gazeta ma nakład tysiąc sztuk, tworzona jest pro publico bono i rozdawana za darmo, a jakoś muszą się te wydatki dwuosobowej redakcji zwrócić… Nie ma zbytnio o czym czytać, ale są na tym świecie ludzie żądni kilku kartek z peryferii dużego miasta – egzotyczna sprawa dla mieszkanek centrum. Ktoś zniszczył krzyże na osiedlowym cmentarzu, zaraz obok już od kilku lat jest nieoświetlony, niewykończony chodnik. Autobusy się spóźniają, coś się burzy, coś się buduje. Zwyczajne życie na osiedlu, z którego wszyscy się śmieją. Osiedla którego nie lubię, co niewątpliwie wyssałem z mlekiem matki.
Rok się kończy, z czym wiążą się różne rzeczy. Machnąć podsumowanie, kupić nowy kalendarz, znaleźć miejsce na sylwestrowe upodlenie się (tak przy okazji – nie lubię sylwestrów). Kreatywnie spędzić tych kilka wolnych dni, tęsknić. Wymyślać bzdurne postanowienia noworoczne, których się nie spełni. Zaliczyć przedostatnie półrocze (bo nie byłbym sobą gdybym nie kończył każdego semestru z co najmniej jednym zagrożeniem na głowie). Świąt nie będzie – nie ma komu, nie ma dla kogo się tym tematem zajmować. Spadł pierwszy śnieg. Życzę sobie, by szybko stopniał. Przyjdzie odwilż, nie obudzi mnie sen?
Żeby nie było zbyt smutno to na koniec zdjęcie z misiami. Chłopaki ze zdjęcia siedzący po mojej lewej to ludzie, którzy nie pozwalają mi na nudę i dół. Ten pośrodku twierdzi, że nerwy lubią ciepło, więc po różnych zabiegach paraduje po mieście z kocem na dłoni. A wyraz twarzy tego najbardziej na prawo kruszy materię i wykrzywia cały wszechświat.

The Mars Volta – ‘Miranda, That Ghost Just Isn’t Holy Anymore’


