Archiwum kategorii ‘o innych’

h1

#89. papieros za papierosem i moja głowa w pralce.

06/11/2009

Raz robiło się ciepło, raz wiało, raz kropił deszcz. A kiedy było po wszystkim wyszło słońce. Chłonąłem je jakbym przeprowadzał fotosyntezę, szedłem przed siebie, pewny swojego, z muzyką na uszach i fraszką w głowie, gdyż jedynie taka forma odpowiadała sytuacji. Aż do głowy wprost z piosenki zawitał ten wers:

‘and when you lose control…’

To było coś, czego za żadne skarby nie chciałem wpuścić do łba.

Prócz tradycyjnego już smaku porażki w ustach czuję coś jeszcze. To wiatr, który niesie zapach niesprecyzowany. Pochodzenie zapachu znam, lecz jego istnienie można łatwo zakwestionować. Pewnie jest to wymysł mojego mózgu, tak na poprawę humoru. Trudno powiedzieć coś o czymś opartym jedynie na podejrzeniach. Ale to jest nieważne, mam inne rzeczy na głowie. Nie mogę już ze sobą wytrzymać, odliczam dni, czekam, zadaję różne pytania, różne pozornie (albo i realnie) głupie rzeczy, generalnie to nic nowego.

Ocean – ‘Pytania’

h1

#83. zamawiam Wszystkich Świętych i piję aż do dna.

19/10/2009

‘Wszystko, co było głębokim, powstało tylko z rozpaczy ostatecznej i zwątpienia.’
[S.I. Witkiewicz]

Na końcu rzędu lekarzy, których ostatnio odwiedzam ustawia się kolejny. Jakie to dziwne, że tak wiele zależy od tak niewielu.


Dzisiaj nie polecam konkretnej piosenki, a całą płytę. Lech Janerka – ‘Dobranoc’. Jeżeli miałbym wybrać trzy płyty, które od początku do końca definiują to, czym raz się zachwycacie, innym razem całkowicie o tym zapominacie, a czasem wręcz tego nie cierpicie i nazywacie pustym, lecz niezależnie od wszystkiego nazywacie to moim imieniem, ten album byłby pierwszy.

h1

#78. Tommy the Cat had many stories to tell.

03/10/2009

W okolicy mam kotów pod dostatkiem. Prawdopodobnie nie mają stałego właściciela, należą do tych, którzy w danej chwili dadzą im więcej jedzenia. Tak chodzą z podwórka na podwórko, śpią gdzie mogą, jedzą u kogo tylko mogą. Na wiosnę i lato był taki czas, kiedy zawsze wracałem do domu między dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią, i będąc już na finiszu podróży ze Śródmieścia na moje osiedle, wtedy na mojej ulicy witała mnie gromada kotów. No, może nie taka wielka chmara, ale zawsze znalazły się dwa-trzy koty siedzące na ulicy, obserwujące moje kroki, jakby próbujące przewidzieć kolejny mój ruch. A jako że koty bezapelacyjnie są moimi ulubionymi zwierzętami to krzywdy im nie robiłem. Nie goniłem ich, bo lubię obserwować je tak, jak one obserwują mnie.
Wiosna. Kotka bez imienia rodzi trójkę małych kociąt. Pierwsze z nich jest najsłabsze, wypada z gry. Drugie ma chore oko, prawdopodobnie niedowidzi. Trzecie rodzi się zdrowe. I ta dwójka (zdrowe i z chorym okiem) biegają, bawią się… Na moich oczach próbują ogarnąć ten świat. Zabawnie patrzeć, kiedy nieporadny mały kociak schodzi po płocie w taki sam sposób, jak człowiek schodzi po drabinie. Przyjemnie widzieć, jak dwa małe koty leżą w trawie obok siebie i rozciągnięte wygrzewają się na słońcu. Dwa naleśniki wypoczywają po swawolach.
Jesień. Teraz robi się zimno. Kotka bez imienia rodzi kolejną dwójkę małych kociąt. Na rozwiązanie wybiera sobie najbardziej widoczne miejsce – bez zadaszenia, naprzeciwko okna mojej kuchni. Pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, że całymi dniami mam ją na oku. Jest zimno, małe koty powoli dostają od matki Natury futro, lecz jeszcze nie widzą. Wciąż są karmione piersią. A o ich bezpieczeństwo dba kocia mama wraz z jednym z kociąt z drugiego akapitu. Takim oto sposobem pierwszy raz w życiu widziałem dwuzmianowy system opieki – raz mama, raz rodzeństwo, raz mama i rodzeństwo razem. Z taką opieką łatwiej żyć i dorastać.
A widok kociej rodziny wtulonej w siebie nawzajem otrzymuje miano najsympatyczniejszego obrazka mijającego tygodnia.

Dzisiaj bez piosenki