Kolejny poranek. Szósta rano, a ja leżę w pozycji embrionalnej. W radiu tradycyjnie poranna papka, gówno bez większego przekazu. Powoli robi się jasno, powoli tracę temperaturę ciała, powoli łzy cisną się do oczu i spływają kącikami oczu, po policzkach na poduszkę. Dzień dobry Wrocławiu.
I chwilowo nie widzę sojusznika, ni ćwierć, kurwa jego mać, ukojenia. Bo któż by sobie poradził z tym lepiej niż ja sam? Może wyjdę z tego cało i przekuję to w sukces, albo może gdzieś po drodze złamię sobie kark w imię wszystkich mieszkańców urojonych miast, znudzonych rozmowami z samym sobą. Ludzi z fatalnymi zębami i krzywym zgryzem. Jestem na właściwej drodze, póki nikt nie wrzuci na plecy kolejnego bagażu, bo wtedy zmieniam kurs – mam takie rozwidlenie dróg i spod tego tobołka wielkiego nie widzę, czy pójść na lewo, czy może na prawo. Chociaż to się czasem zmienia – lewe z reguły oznacza coś gorszego, ale niekoniecznie. I odwrotnie.
Jak mniemam to taka słabość chwilowa. Odgrażam się, że osiwieję, ale to i tak się nie uda. Chociaż w sumie nie miałbym nic przeciwko.
‘if I could fall into you
I’d let you swallow me
so I could see you from the inside’


