
Człowiek, który przestał lubić weekendy. Wyjątkowo bez masła.
Koszmary znów męczą. Przychodzą, wyrywają ze snu. Nie przyjmuję takich spraw do wiadomości, więc są nierealne. Proste? Solidarność z otoczeniem na kilka godzin, zawarta gdzieś między pierwszym kieliszkiem a ostatnią butelką piwa jasnego marki Okocim. To długa tradycja. Tematy się zaczynają, w pewnej chwili są urywane, zastępowane nowymi, w których powraca echo tych przerwanych zagadnień. I tak w kółko. Męczące unikanie odpowiedzi – w powietrzu wisi zniecierpliwienie, kolega siedzący przede mną krzyczy “pijmy wódkę!” bo wie, że to jest panaceum na tematy niewygodne. Wszyscy mamy na swój sposób przejebane, a jeżeli ktoś nie ma, to i tak ma, bo Łona kiedyś nawijał, że go martwi to, że go nic nie martwi.
Nowy happysad słaby. Nowy Rammstein całkiem fajny, riffy miażdżą jak powinny (a Ty na to odpowiadasz “fu”, bo masz alergię nie tylko na mnie). Czekam na nowy album Oceanu.
Więc słucham muzyki (ostatnimi czasy to zahaczam wręcz o jakiś progresywny rock, co do mnie niepodobne), tracę oddech, spacer pod rękę idealny na mą mękę. Ogólnie to nieco schizofrenicznie, bo jak już mówiłem ostatnio – tak wiele zależy od tak niewielu. Jakaś kokieteria oraz mnóstwo odniesień i sampli z rzeczywistości. Zjadłbym pączka.
Utwór tygodnia:
King Crimson – ‘Thela Hun Ginjeet’




